niedziela, 29 stycznia 2012

Inoue Yasushi, "Samurajskie chorągwie"

4/6

Przeczytałam tę książkę tak błyskawicznie, że nawet nie zdążyłam dodać jej do "Teraz czytam" po prawej stronie. Położyłam się, otworzyłam książkę, przeczytałam ją na raz i zamknęłam... I to by było właściwie na tyle.

Właściwy tytuł Samurajskich chorągwi to Furin Kazan ( 風林火山), czyli, dokładnie według znaków: wiatr, las, ogień i góra. Zmylił mnie ten tytuł - brzmiał z lekka romantycznie i zachęcał mnie do sięgnięcia po tę powieść, sprawiając jednocześnie, że jego polskie tłumaczenie wydawało mi się idiotyczne i zupełnie nieadekwatne. Ewidentnie nie miałam racji. Ten wiatr, las, ogień i góra to znaki, które widniały na chorągwiach pewnego samuraja, a każdy z nich miał określone znaczenie. Szybki jak wiatr, spokojny jak las, zachłanny jak ogień, nieruchomy jak góra...

W przeciwieństwie do Samuraja, nad którym się ostatnio rozwodziłam (tak, wiem, to jest nie do przeczytania :P), Samurajskie chorągwie rzeczywiście opisują życie i walki samurajów. Powieść składa się w większości z bitew, potyczek i wojen, które samuraj Harunobu/Shingen Takeda prowadził z władcami sąsiednich państewek. A że akcja powieści osadzona jest w okresie sengoku (戦国), czyli "kraju w wojnie" (wiek XVI, a więc około 100 lat wcześniej, niż wydarzenia opisane w Samuraju - niby mała różnica, ale w tym przypadku niezwykle istotna), to okazji do walki jest mnóstwo. Wszystkie te wydarzenia widzimy oczami Yamamoto Kansuke - początkowo ronina, czyli "bezpańskiego samuraja", a później genialnego stratega rodu Takeda i jednego z najbardziej zaufanych doradców i przyjaciół głowy rodu, Harunobu.

Bo ja wiem. Jakby mnie nie zmylił oryginalny tytuł i nastawiłabym się na powieść do bólu samurajską, to może i by mi się podobała. A może nie. Nie ma co się oszukiwać: mało która kobieta jest jakoś wybitnie zainteresowana taktyką wojenną, ustawieniem armii i innymi takimi - a Samurajskie chorągwie składają się z takich opisów w jakiś 80 procentach. W dodatku Harunobu wygrywa wszystkie bitwy po kolei i jak burza przelatuje przez kolejne prowincje. Niby dobrze - w końcu główny bohater stoi po jego stronie - ale po zwycięstwie nad trzecim wrogiem z kolei zaczęło mnie to już trochę nużyć. Nawet nieśmiałe próby autora wprowadzenia elementu zagrożenia (nie taka taktyka, śmierć jakiegoś dowódcy etc.) nijak nie dały rady mnie zaniepokoić. Przecież i tak ostatecznie wygrają. A tak właściwie, to i tak było mi wszystko jedno. Ani ten Kansuke, ani Harunobu niespecjalnie robili mi różnicę... Byle tylko nic nie stało się Yuhime. Chociaż i ona zaczęła mi być z czasem obojętna...

Obok wątku czysto samurajskiego pojawia się drugi, nieco romansowy. W powieści pojawiają się aż trzy kobiety - i całe szczęście, bo nadają temu dziełu trochę życia i dzięki nim nie jest nudne jak flaki z olejem. Pierwszą z nich jest żona Harunobu, która jednak pojawia się właściwie w tylko jednej scenie. Wyniosła, antypatyczna, nieposiadająca uczuć - a przynajmniej tak opisuje ją Kansuke. Druga, najciekawsza, to Yuhime - córka zabitego skrytobójczo wroga, która staje się wojenną branką, a następnie kochanką Harunobu. Gdy Kansuke spotyka ją po raz pierwszy, dziewczyna ma zaledwie 14 lat. Nie pasuje do wizerunku idealnej Japonki, zwłaszcza samurajskiej córki. Do tej pory postaci tego typu - silnych, pewnych siebie Japonek, które próbują walczyć z konwenansami - spotykałam tylko w literaturze "gajdzińskiej" poświęconej Japonii i, szczerze mówiąc, mocno mnie raziły. Japonka? W tamtych czasach? Przecież to zupełnie nie pasuje. Bierze się Amerykanin za pisanie o Japonii i wychodzą mu takie głupoty... Przecież to zupełnie inna kultura, inny system wartości. Tam te poglądy były tak utarte, że kobietom żadne emancypacyjne myśli nie przychodziły nawet do głowy. 
Mam więc małą zagwozdkę z Yuhime, którą powołał do życia, dla odmiany, Japończyk. Nie mogę zarzucić mu, że nie zna tej kultury, że mitologizuje Japonię ani nic z takich rzeczy... Ale wciąż zastanawiam się, czy kobieta taka jak Yuhime miałaby szansę istnieć w tamtych czasach?
Tak czy inaczej, ze wszystkich postaci w tej powieści najbardziej polubiłam właśnie Yuhime. Kansuke (który spokojnie mógłby być jej ojcem) od pierwszej chwili jest nią zachwycony i przywiązuje się do niej równie mocno, jak do Harunobu. Dziewczyna jest niezwykle piękna, a do tego energiczna i niezależna. Zupełnie nie taka, jak powinna być - ale to właśnie urzeka Kansuke najbardziej. Jej buntownicza natura ujawnia się już na samym początku ich znajomości, kiedy Yuhime postanawia, o zgrozo... Nie popełnić samobójstwa.
Dziewczyna wstała i wybuchnęła zimnym, przenikliwym śmiechem. Kansuke ze zdziwieniem spojrzał w jej stronę.
 - Uciekłam im - powiedziała czystym, dźwięcznym głosem. - Nie chcę odebrać sobie życia. Gardzę samobójstwem.
 - Księżniczko...
Dziewczyna zaczęła krążyć po pokoju. Dwie służki dreptały w ślad za nią.
 - Nic z tego... Nienawidzę samobójstw!
(...) Kansuke, który do tej pory jak zauroczony wpatrywał się w księżniczkę, zrobił dwa szybkie kroki i chwycił ją za ramię.
 - Musisz podjąć decyzję.
Dziewczyna szarpnęła się, lecz nie zdołała oswobodzić ręki. Z góry popatrzyła na samuraja. Jej oczy miotały zimne błyski.
 - Wokół same trupy. Ja zaś chcę żyć na przekór wszystkim.
Kansuke uznał, że nigdy dotąd nie słyszał równie pięknego wyznania. Słowa dziewczyny, choć niegodne córki księcia, trafiały mu prosto do serca.
 - Moja śmierć niczego nie zmieni - ciągnęła księżniczka. - Chcę na własne oczy zobaczyć, co się stanie z zamkiem i jeziorem... Będę żyła, choćby w nędzy i poniżeniu! Umrzeć z własnej ręki... Nie! Nie! - powtarzała jak opętana.
Trzecią kobietą jest kolejna kochanka Harunobu, Aburagawa Ogoto. Równie piękna jak Yuhime, a jednak zupełnie inna. Cicha, spokojna, ciepła, naiwna... I trochę bezbarwna. Ogoto jest jak bezbronna owieczka, która zrobi wszystko, co jej każą. Gdyby Harunobu zechciał ją zabić, pewnie sama przyszłaby do niego, żeby oszczędzić mu kłopotu szukania jej... Klasyczna, podręcznikowa ciapa. Ale ma w sobie coś tak anielsko łagodnego, że nie sposób jej nie lubić.

Relacje między trzema paniami, jak nietrudno się domyślić, nie układają się najlepiej. O ile pierwsza żona Harunobu kieruje się tylko zazdrością (i to najprawdopodobniej tylko wobec samego faktu, że mąż znalazł sobie kochankę - nie chodzi tu chyba o żadne głębsze uczucia ani zranioną miłość, tylko o urażoną dumę) i troską o pozycję własnych synów, a Ogata jest chodzącą łagodnością i nie wdaje się dobrowolnie w żadne konflikty, o tyle Yuhime kipi emocjami za nie trzy razem wzięte. Kocha, nienawidzi, szaleje z zazdrości, mówi rzeczy, których mówić nie powinna... Mogłaby być bardzo ciekawą postacią. Mogłaby - bo kryjący się w niej potencjał zostaje, niestety, niewykorzystany. Z czasem Yuhime zaczyna przypominać raczej wiedźmę-intrygantkę niż niezależną księżniczkę. Jaka właściwie była Yuhime - tak naprawdę, nie tylko w oczach zachwyconego nią Kansuke? Tego się, niestety, nie dowiadujemy.

Mam tej powieści parę rzeczy do zarzucenia: brak porządnych portretów psychologicznych (a potencjał był...), niezbyt porywający styl, to, że nie wzbudziła we mnie większych emocji. Właściwie nie wiedziałam, dlaczego miałabym lubić Harunobu. Bo Kansuke mu służył? A dlaczego miałabym lubić Kansuke? Bo był dobrym strategiem? To jeszcze za mało... Ciężko czytać powieść, w której chodzi głównie o kibicowanie głównym bohaterom, a jednocześnie nie czuć do tych bohaterów sympatii. Z drugiej strony, nie czytało się źle (fragmenty "kobiece" nadrabiają za wojenne), książka była krótka (więc nie zdążyła mnie zmęczyć) no i biorę poprawkę na to, że to po prostu nie moja bajka. Wielbicielom gatunku pewnie będzie się podobała. Dlatego 4/6.

Mimo wszystko informacja na temat autora ze skrzydełka książki: Kilkakrotnie kandydował do literackiej Nagrody Nobla wydaje mi się grubą przesadą. Samurajskie chorągwie są o kilka klas gorsze od Sprawy osobistej Oego Kenzaburo albo któregokolwiek z utworów Kawabaty Yasunariego... Myślę, że nawet Murakami Haruki, obecny "stały" kandydat do literackiego Nobla, pisze lepiej. Chyba, że inne utwory Inoue Yasushiego są lepsze...?

3 komentarze:

  1. Jest coś w tym, że Nobla miał dostać - wskrzesza japońską czy chińską historię ; ) Pisze lekko i przyjemnie, bez większych zgrzytów. Wizerunki poszczególnych postaci są naszkicowane delikatnym piórkiem, nie stanowią psychologicznych portretów (dzięki temu zachowuje lekkość stylu ; )).
    Ale... może po japońsku brzmi lepiej?

    OdpowiedzUsuń
  2. Mi ten jego styl jakoś nie przypadł do gustu. Kojarzył mi się trochę z "Sagą rodu Otori" Lian Hearn - szybko się czytało, "lekko i przyjemnie", tak jak napisałaś, ale to by było dla mnie na tyle. I te portrety wydały mi się za delikatnie naszkicowane. Co zrobić... ;)
    ...ale 4 to dobra ocena - ja nie twierdzę, że ta książka była zła :). Tylko że wrzucam ją do przegródki "lektura dla przyjemności".

    OdpowiedzUsuń
  3. Hehe, wiem, wiem - zła nie jest, ale wydaje się w pierwszym odruchu, że będzie rewelacyjna ; )

    OdpowiedzUsuń

Related Posts with Thumbnails