sobota, 29 grudnia 2012

Les Miserables

8/10

Nie czytałam "Nędzników". Nie widziałam nawet ich musicalowej wersji. Miałam w związku tym pewne opory przed pójściem do kina na ekranizację musicalu - bo to w końcu zabieranie się do tematu od zupełnie niewłaściwej strony. Lepiej byłoby najpierw przeczytać książkę, a może nawet zobaczyć na żywo 'Les Miserables'... Ale plakat kusił, szans na dorwanie "Nędzników" nie mam jeszcze przez najbliższe dwa miesiące, a do tego - musical! Nie żebym się na tym gatunku znała, absolutnie nie uważam się za eksperta w tej dziedzinie, ale bardzo musicale - tak zwyczajnie, po amatorsku - lubię. Nie dałam rady się oprzeć.

Jako że było to moje pierwsze spotkanie z całą opowiedzianą w filmie historią, nie potrafię patrzeć na niego tylko pod względami technicznymi. Równie ważna jak śpiew, aktorstwo, scenografia etc. jest dla mnie sama opowiedziana historia. Do której mam, swoją drogą, pewne zastrzeżenia - i kompletnie nie wiem, do kogo mam je adresować. Victora Hugo? Twórcy musicalu, Claude-Michela Schönberga? Reżysera, Toma Hoopera?

Mam co do tego filmu mieszane odczucia. Z jednej strony, niewątpliwie robi wrażenie. Dostajemy spory kawał dobrego aktorstwa i zaskakująco dobrego śpiewu. O ile początkowa scena, wyśpiewana przez Russella Crowe'a i Hugha Jackmana, wydała mi się śmiesznie sztuczna, o tyle później to wrażenie znikło i już śpiewająca Anne Hathaway brzmiała zupełnie naturalnie. Wszyscy aktorzy radzą sobie zresztą bardzo dobrze, choć muszę przychylić się do większości opinii - Russell Crowe wypada w całej ekipy najsłabiej i wydaje się być trochę z innej bajki. Swoją drogą, strasznie ciężko było mi przyzwyczaić się do faktu, że jest tu czarnym charakterem; ciągle mam go w pamięci jako walczącego z niesprawiedliwością Gladiatora... W każdym razie: pod względem muzycznym jestem (prawie) w pełni usatysfakcjonowana. Piosenki są piękne, równie pięknie zostały też zaśpiewane - albo raczej "zagrane". Takie np. 'I dreamed a dream' i jego wykonanie Anne Hathaway wzbudza na Filmwebie sporo kontrowersji (już! po samym trailerze!) właśnie dlatego, że aktorka nie stara się zaprezentować całej skali swojego głosu, a skupia się na oddaniu emocji Fantine. Jak na mnie - bardzo udana próba. Do filmu dodano też nową piosenkę, 'Suddenly', której nie ma w pierwotnej wersji musicalu. Cóż. Ja, nie znając oryginału, nie zorientowałam się, że skomponował ją ktoś inny. To chyba mówi samo za siebie.

Z drugiej strony, cały ten film-musical jest okropnie, niesamowicie przygnębiający. Zwłaszcza jego pierwsza część. Brud, nędza, głód - a przede wszystkim, niesprawiedliwość i wzajemna nienawiść. Tytuł jest, oczywiście, mocno sugestywny i bieda bohaterów nie była dla mnie żadną niespodzianką, ale nie byłam przygotowana na tak kompletny brak solidarności pomiędzy samymi nędznikami. Kopanie dołków pod innymi, złośliwość, pazerność. Da się to zrozumieć i pewnie jest to bardziej realistyczne niż przymierający z głodu ludzie, którzy wciąż traktują bliźnich z serdecznością - a jednak było to strasznie przykre. Całe szczęście, że przynajmniej w drugiej części jest tej solidarności trochę więcej. Choć i tam nie da się narzekać na jej nadmiar.

Co mi się w 'Les Miserables' nie podobało, to cały ten okropnie słodki, mdły i irracjonalny wątek Mariusa i Cosette. W książce pewnie miało to więcej sensu i było bardziej rozbudowane, ale na potrzeby musicalu zostało skrócone i dostosowane do konwencji (czyt. miłość trafia bohaterów jak piorun i nie ma znaczenia to, że ani słowa ze sobą nie zamienili). No ale jednak, litości... Wątek Jeana Valjeana i Fantine też nie zawierał setki szczegółowych scen, ale jednak jakoś udało się twórcom zarysować ich relację. Albo chociażby fakt, że takowa w ogóle istniała. A tu? Mdło, słodko i bez sensu. Rola Amandy Seyfried ogranicza się do ładnego wyglądania, wzdychania i wałęsania się po ogrodzie. Co z tego, że dziewczyna potrafi śpiewać, skoro jej postać jest tak irytująca, a jej uczucia tak nieprzekonujące, że wykonane przez nią piosenki nie zrobiły na mnie najmniejszego wrażenia?

Kolejna rzecz: Helena Bonham Carter jako Madame Thenardier. Nie, oczywiście, że nie mam zastrzeżeń do jej gry aktorskiej - w końcu tego rodzaju role ma opanowane do perfekcji. I właśnie o to mi chodzi - dlaczego znów ona? Dlaczego do znów wybrano ją do roli tego typu? Dlaczego znów ją przyjęła? Mrs Lovett, Bellatrix Black, Madame Thenardier... Przecież jest dobrą aktorką, potrafi grać nie tylko wariatki. Nie rozumiem, czemu sama daje się tak zaszufladkować.

<Uwaga, SPOILER!>
Ale największym nieporozumieniem 'Les Miserables' jest ich zakończenie. Dosłownie "nieporozumieniem" między tym, który je wymyślił, a mną, odbiorcą filmu - bo ja, odbiorca, autentycznie go nie rozumiem. Ani tego, jak toto ma się do całej treści filmu, ani tego, co ono właściwie ma implikować. Dwie i pół godziny o nędznikach, niesprawiedliwości społecznej, próbach buntu, o tym, że lud ma dość... A na koniec wielkie, wystawne wesele! Cosette w pięknej sukni, sznur powozów zaproszonych gości, Thenardierowie próbujący ukraść jak najwięcej. Co to ma niby być? Happy ending? Dla mnie całe to zakończenie jest przede wszystkim kompletną porażką Mariusa, jego wiary w ideały i prób wcielania ich w życie. Zupełnie jakby niepowodzenie rewolucji zabiło w nim jakąkolwiek chęć zmiany. "Nie opłaca się walczyć o lepsze jutro. Jeśli chcesz żyć lepiej, wróć pod skrzydła bogatego dziadka albo wyjdź bogato za mąż" - implikuje cały ten happy end. Przykre to.
<Koniec spoilera>

Marudnie mi to wyszło - a przecież tak naprawdę 'Les Miserables' bardzo mi się podobali. Pomijając ten nieszczęsny wątek romansowy i jego zakończenie (które nie są zresztą winą reżysera...), to bardzo dobry, choć niezbyt przyjemny film. Wywarł na mnie spore wrażenie i nawet dziś, po czterech dniach od projekcji, nie mogę przestać o nim myśleć. A to dla mnie ważniejsze od jego drobnych niedociągnięć.

piątek, 10 sierpnia 2012

Kolejny Angelus - nominacje

Mam wrażenie, że dopiero co zamawiałam książki nominowane do Angelusa 2011, żeby móc wybrać własnego faworyta przed ogłoszeniem wyników - a tu już nadciąga wielkimi krokami kolejna edycja konkursu. Póki co opublikowano listę 14 książek nominowanych do nagrody:

    1. Andrij Bondar, „Historie ważne i nieważne”, tłum. Bohdan Zadura /Biuro Literackie/
    2. Jacek Dehnel, “Saturn” /W.A.B./
    3. Georgi Gospodinow, „I inne historie”, tłum. Magdalena Pytlak /Pogranicze/
    4. Jacek Hugo-Bader, „Dzienniki kołymskie” /Czarne/
    5. Miljenko Jergović, „Srda śpiewa o zmierzchu w Zielone Świątki”, przeł. Magdalena Pertyńska  /Czarne/
    6. Laszlo Krasznahorkai, „Wojna i wojna”, przeł. Elżbieta Sobolewska /W.A.B./
    7. Arkadiusz Pacholski, „Niemra” /Prószyński i S-ka/
    8. Markéta Pilátová, „Żółte oczy prowadzą do domu”, tłum. Katarzyna Dudzic /Good Books/
    9. Martin Pollack, „Cesarz Ameryki. Wielka ucieczka z Galicji”, tłum. Karolina Niedenthal /Czarne/
    10. Filip Springer, „Miedzianka. Historia znikania” /Czarne/
    11. Magdalena Tulli, „Włoskie szpilki” /Wydawnictwo Nisza/
    12. Dubravka Ugrešič, „Życie jest bajką”, tłum. Dorota Jovanka Cirlić /Znak/
    13. Michał Witkowski, „Drwal” /Świat Książki/
    14. Tomáš Zmeškal, „List miłosny pismem klinowym”, tłum. Dorota Dobrew /W.A.B./

Przyznam szczerze - w tym momencie fakt nie bycia w Polsce mocno mnie boli. A może by tak Empik dostarczył mi zamówienie do Japonii? Hmm, ciekawe, jak kosmiczne byłyby koszty przesyłki...

poniedziałek, 30 lipca 2012

Julian Tuwim, "Cyganka oraz inne satyry i humoreski prozą, teksty kabaretowe i aforyzmy"

5/6
Znajomy jest to człowiek, któremu podało się kiedyś rękę, wymieniając przy tym swoje nazwisko z ewentualnym oświadczeniem: "Bardzo mi przyjemnie". Poczynając od tej chwili, znajomy zaczyna korzystać ze znajomości, kłania się nam na ulicy i jest zdania, że nas zna "osobiście". Przedtem znał tylko "z widzenia". Znajomi bywają tylko starzy i dobrzy. Nie słyszałem nigdy, aby kto powiedział: "jest to mój młody, względnie zły znajomy". Natomiast o starym i dobrym słyszy się ciągle.
Do zawarcia znajomości wystarczy obrządek przedstawienia, który polega zwykle na łaskawym pośrednictwie osoby trzeciej. Odbywa się to w sposób następujący. Trzecia osoba jest naszym znajomym i ma znajomego, który jest naszym nieznajomym. Wtedy trzecia osoba przedstawia nam nieznajomego, mówiąc: "Pozwoli pan - pan Cybulak" (ewent. inne nazwisko), wtedy Cybulak mówi: "Cybulak" lub "Cybulak jestem", my także mówimy "Cybulak" lub "Cybulak jestem", jeżeli przypadkowo tak samo się nazywamy, obydwa Cybulaki ściskają sobie dłonie - i oto stają się znajomymi. Na całe życie. Poza tym nowy znajomy może nam przedstawić wszystkich swoich znajomych, ci wszyscy znajomi wszystkich swoich - i tak w nieskończoność, na zawsze. I to jest właśnie straszne.
Cyganka Juliana Tuwima wpadła mi w ręce zupełnie przypadkowo. Zazwyczaj czytuję jedynie książki, które sama sobie upatrzyłam i które w jakiś sposób pasują do paru podstawowych kręgów moich zainteresowań. Ale, jako że wciąż jestem w Japonii, niezbyt mogę wybrzydzać. Jeżeli trafi mi się gdzieś jakaś polska książka, to nie mogę przecież jej nie przeczytać, choćby w ogóle nie brzmiała dla mnie interesująco... Tak właśnie było z Cyganką, którą znalazłam w podręcznej biblioteczce mojego akademika. Przeczytałam - i absolutnie nie żałuję.

Jest to zbiór krótkich tekstów prozatorskich Tuwima, aforyzmów i utworów kabaretowych. Dzięki temu książkę czyta się bardzo szybko i przyjemnie. Żadnych długich rozdziałów, długich godzin potrzebnych na wciągnięcie się w akcję... Lubię powieści, ale na to upalne lato, kiedy zupełnie nie mogę się skupić, Cyganka była idealna. Co więcej, wszystkie zawarte w zbiorze utwory ociekają humorem. Po pewnym czasie czytelnik przyzwyczaja się do tuwimowej ironii i przestaje go ona aż tak bawić, ale z początku jej efekt jest naprawdę rozbrajający. Mi przynajmniej pierwsze opowiadania Cyganki czytało się, mimo ich niewielkiej objętości, stosunkowo wolno - bo w kółko lekturę przerywały mi wybuchy śmiechu. Anegdota O znajomych, której fragment zamieściłam powyżej, jest chyba moją ulubioną...

Nie wszystko w tym zbiorze przypadło mi do gustu. Niektóre opowiadania czy dramaty były dla mnie dość trudne do zrozumienia, jako że odwoływały się do konkretnych, międzywojennych realiów. Tuwimowe aforyzmy jakoś nie powaliły mnie na kolana. Może to kwestia tego przyzwyczajenia się do poczucia humoru autora? Nie powiem też, żebym była zachwycona podejściem Tuwima do kobiet (które było zapewne uwarunkowane realiami, w końcu to dopiero dwudziestolecie międzywojenne, ale jednak...). Pierwszą część książki, tę zawierającą opowiadania-anegdoty uważam za zdecydowanie lepszą od drugiej. Chociaż to pewnie mój prywatny problem - proza zawsze wygrywa u mnie z jakimikolwiek innymi formami. I nawet w tej "słabszej" części znalazłam perełkę, która podoba mi się prawie równie mocno jak O znajomych...
TELEFON - diabelski wymysł, który ostatecznie udaremnił słabą nadzieję odseparowania się od natrętnych.
Ha! I właśnie dlatego, jako (prawie) jedyna osoba w I-Housie, nie posiadam tu telefonu komórkowego ^^.

Bardzo dobra książka, zapewniająca czytelnikowi sporo rozrywki i gwarantująca mu parę potężnych wybuchów śmiechu. W Polsce bym jej pewnie nie przeczytała, bo tyle innych lektur stoi w kolejce... A szkoda by było.

piątek, 30 marca 2012

Pocztówki z Kioto

Nie odzywałam się od prawie miesiąca, bo moje życie nagle gwałtownie przyspieszyło. Wyjechałam na roczne stypendium do Japonii - do byłej stolicy, Kioto, będącej dla Japonii tym, czym dla Polski jest Kraków. W związku z tym miałam sporo pracy z zaliczeniem przedmiotów, pakowaniem, porządkami w domu etc... Niestety, nie starczyło mi czasu na czytanie. Olbrzymi stres też robił swoje - nawet gdy zabierałam się za lekturę, nijak nie mogłam się na niej skupić. Obawiam się, że w przyszłości nie będzie lepiej. Zabrałam tu ze sobą aż jedną książkę - Dom Augusty Majgull Axelsson - bo książki, niestety, sporo ważą. Być może prędzej czy później zacznę kupować albo chociaż wypożyczać książki z tutejszej biblioteki, ale póki co nie byłam nawet na uniwersytecie...

W związku z wyjazdem postanowiłam założyć kolejnego, trzeciego już bloga. Tym razem szanse na to, że nie starczy mi do niego zapału, są raczej małe, bo i tak musi przetrwać jedynie rok. Kiedy wrócę z Japonii, zabraknie mi tematów do opisywania i Pocztówki z Kioto przestaną pełnić swoją rolę... 

Tak czy inaczej, serdecznie zapraszam - o, tu.

poniedziałek, 5 marca 2012

Masahiko Shimada, "Wyrok śmierci na życzenie"

3,5/6

Wspominałam już kilka razy, że czuję się zmęczona czytaniem tylko i wyłącznie literatury japońskiej. Do połowy trzeciego wypożyczonego z biblioteki stosika miałam jeszcze do tego zapał; potem jednak siły mi opadły i coraz trudniej było mi przedzierać się przez kolejne pozycje. Fakt, że Abe Kobo nie należy do pisarzy najłatwiejszych w odbiorze i można się nim trochę zmęczyć... Powieść Masahiko Shimady Wyrok śmierci na życzenie miał być miłą odskocznią od trudnego, przygniatającego stylu Abego. Opis z tylnej okładki głosi:
Powieść Wyrok śmierci na życzenie to zapis ostatniego tygodnia życia człowieka, który z rozmysłem, wykorzystując przysługującą mu wolność decydowania o własnym życiu, wybiera śmierć. Los chce, że jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki jego monotonne, pozbawione większych emocji życie człowieka poczciwego - od chwili podjęcia decyzji o samobójstwie - nabiera rumieńców i rozpędu, obfituje w sensacyjne przygody, o jakich wcześniej mu się nie śniło.
Rumieńce, rozpęd i sensacyjne przygody sprawiły, że spodziewałam się po tej lekturze dobrej rozrywki. Miała to być powieść, którą połknę za jednym zamachem i przy której będę się dobrze bawiła. Niestety, nie spełniła swojej roli i ugrzęzłam w niej na jeszcze dłużej niż przy poprzednich lekturach. Stąd też moja stosunkowo niska ocena.

Wyrok śmierci na życzenie to powieść nierówna. Pierwsza 1/3 książki jest przeciętna, kolejna - wręcz nudna. Z kolei część końcowa podobała mi się bardzo i czytałam ją z dużą przyjemnością. Bohater, Yoshio Kita, uwalnia się w niej spod wpływu demonicznego, złowrogiego Yashiro i podejmuje walkę o odejście z tego świata na własnych zasadach. Okazuje się również, że nie jest wcale tak stuprocentowo dobrym człowiekiem, który znudził się życiem i bez ważniejszego powodu postanowił się zabić, lecz osaczają go demony przeszłości. Z kolei zauroczona nim kobieta stara się powstrzymać go przed popełnieniem samobójstwa, co w końcu zmniejsza trochę fatalistyczny wydźwięk całej powieści i wprowadza element napięcia. Zabije się? Nie zabije? Czy ktoś go zabije, chociaż sam się rozmyśli? To z kolei prowadzi do kolejnego dylematu: co byłoby lepsze? Odkąd pojawiła się możliwość, że Kita jednak przeżyje, miałam nadzieję, że uda się go powstrzymać przed popełnieniem samobójstwa; jednak jego desperacja w dążeniu do celu, utożsamienie śmierci z wolnością, a dalszego życia z niewyobrażalnie ciężką niewolą sprawiły, że sama nie wiedziałam już, co byłoby lepsze. Chciałabym, żeby przeżył, ożenił się z Shinobu i żyli razem długo i szczęśliwie... Tylko że niezbyt potrafiłam wyobrazić go sobie jako radosnego pana młodego, męża, ojca. Czy człowieka, który postanowił odrzucić życie, powinno się wbrew jego woli do niego zmuszać...?

W naszej cywilizacji samobójstwo jest czymś złym. W Japonii nie. Często bywało wręcz przeciwnie - uznawane było za akt honorowy, jedyne wyjście "z twarzą" w trudnej sytuacji. Yoshio nie kryje się więc szczególnie ze swoim postanowieniem i nikt go za nie nie potępia. Główną reakcją otoczenia jest zdziwienie. Człowiek, który chce się zabić, powinien przecież być rozgoryczony, załamany, nieszczęśliwy - tymczasem Kita uznał po prostu, że nie chce dłużej żyć. Bo nie. Jak już wspomniałam, pod koniec powieści bohater przyznaje, że istnieje jednak powód, dla którego zdecydował się na ten krok, jest to jednak sprawa sprzed wielu, wielu lat. Nie wiadomo, dlaczego akurat w danym momencie uznał, że nie może z nią żyć. Nic do niej nie nawiązywało, nic nie przypomniało Kicie bolesnych wspomnień. Ot, tak, po prostu...
W tym kraju od najdawniejszych czasów śmierć samobójcza jest po prostu formą, nie trzeba wcale mieć motywacji, powodów ani czuć się winnym, żeby się zabić. Ci, co żegnają odchodzącego na tamten świat, też specjalnie nie próbują dociec, dlaczego tak się stało, tylko zgodnie z obowiązującą formą odprawiają obrządki żałobne. Owszem, w niektórych kręgach z lubością roztrząsa się koncepcję śmierci, ale to nie kręgi umierają, tylko poszczególni ludzie. Ludzie mogą mówić, co im się podoba, tylko dlatego że żyją. Dopóki żyją, mogą rozpaczać nad bezsensownością takiej śmierci, mogą próbować zgłębić jej istotę. Umarli zaś milczą. Żywym nikt nie zabroni traktować ich milczenia jako ironii lub żartu. Podobnie jak umierającym nikt nie zabrania umierać. Samobójstwo to czysta forma.
Przemyślenia Kity nie do końca pokrywają się z autentycznymi ludzkimi zachowaniami, przedstawionymi na kartach powieści. Znajomi bohatera wcale nie traktują jego przyszłego samobójstwa jako "formy" i choć niespecjalnie starają się dociec, co skłoniło go do tego kroku, to jednak próbują przynajmniej jakoś go przed nim powstrzymać.

Niestety, we wcześniejszej części powieści brak tego wszystkiego, co podobało mi się w końcowej. Nie ma tam ani napięcia, ani pola do przemyśleń. Co gorsza, nie jest to nawet ani zabawne, ani ciekawe. Kita decyzję o samobójstwie podejmuje w piątek, a kolejny piątek wyznacza na datę egzekucji. Tytuły kolejnych rozdziałów to następujące po sobie dni tygodnia. Ciekawie zaczyna się powoli robić we wtorek, a naprawdę jest - od czwartku. Nieduża to część powieści.

Niemniej jednak - przeczytać można. Choć nie spodziewając się cudów. I nie dając się zwieść opisowi z okładki. Powieść nie spełnia swojego rozrywkowego zadania i to właśnie cięższe, filozofujące fragmenty są jej najmocniejszą stroną.

piątek, 2 marca 2012

O japońskich dramach słów kilka

Drama (właściwie dorama, ドラマ) to po japońsku po prostu serial. Z bliżej mi nieznanych powodów w japonistycznym światku nikt, absolutnie nikt nie mówi jednak, że ogląda "japońskie seriale". Ogląda się "dramy" - i choć takie nazewnictwo nie ma większego sensu i brzmi jak chęć zaszpanowania dziwnie brzmiącym słówkiem, to weszło nam to w krew na tyle, że nie potrafimy tego zmienić. W każdym razie ja zawsze, obojętnie z kim rozmawiam, mówię o "dramach". Tylko czasem łapię się na tym, że rozmówca nie ma nic wspólnego z japońskim i chyba nie wie, o co mi właściwie chodzi...

Mam wrażenie, że nie da się obejrzeć japońskiej dramy bez olbrzymiego zaskoczenia (przeważnie pewnie negatywnego) bez wcześniejszego psychicznego przygotowania. Otóż dramy - a nieraz i filmy z udziałem młodych aktorów - należą do zupełnie innej szkoły filmowej (o ile można to tak nazwać...) niż nasza, zachodnia kinematografia. Rzeczy, które w amerykańskim, a tym bardziej europejskim filmie rażą i wydają się albo śmieszne, albo wręcz żenujące, tu są na porządku dziennym. I nie jest to wynikiem jakiś braków w sztuce aktorskiej albo głupoty Japończyków, tylko przyjętej konwencji. Pod tym względem przypominają mi trochę kino Bollywoodzkie. Do dziś pamiętam scenę z Czasem słońce, czasem deszcz, w której to Shah Rukh Khan wysiada z helikoptera; gdy tylko stawia stopę na ziemi, obraz zostaje spowolniony, a kamera wykonuje zbliżenie na twarz bohatera, ukazując jego falujące na wietrze włosy... Z europejskiego punktu widzenia - koszmar! Tandetne i kiczowate do bólu. A jednak w kinie Bollywoodzkim takie sceny nie są niczym dziwnym.

Z dramami jest podobnie. Przerysowywanie emocji, granie bardzo wyrazistą mimiką, hektolitry łez (niezależnie od gatunku serialu), napuszone przemowy... Do tego dochodzi nieraz bardzo niski stopień prawdopodobieństwa przedstawionych zdarzeń (narodowy konkurs na "dziewczynę Japonii", o którym nikt z bohaterów wcześniej nie słyszał; szkoła tylko dla przystojnych chłopaków; tłumy dziewcząt osaczających najprzystojniejszych chłopaków w szkole, wystające pod ich domem, oczywiście przy akompaniamencie świdrujących uszy pisków). Albo wątki fantastyczne. Według pierwotnych wierzeń Japończyków bóstwa (w ilości gromadnej) żyją absolutnie wszędzie i nieraz ingerują w świat ludzi, więc opętania, błąkające się po świecie duchy i inne takie nie są niczym dziwnym. Ponoć świadomość istnienia świata duchów wciąż jest głęboko zakorzeniona w (pod)świadomości Japończyków - jeśli tak, to dramy całkiem nieźle to odzwierciedlają. I wcale nie znaczy to, że daną dramę powinno się klasyfikować jako fantastykę; duchy pojawiają się nawet w stuprocentowych komediach (Hanazakari no kimitachi e) i komedio-romansach (Yamato Nadeshiko shichi henge). W sumie w teorii brzmi to podobnie jak realizm magiczny, choć klimatem zdecydowanie się od niego różni...

Z dramami kojarzy się nieodłącznie jeszcze jedno słowo - tarento. Z angielskiego 'talent', czyli (w teorii): "utalentowana osoba". W praktyce jest to młody człowiek, który robi karierę w świecie show-biznesu, przeważnie zresztą w kilku dziedzinach naraz. Jego kariera napędzana jest przez promującą go agencję, która ma odpowiednie środki finansowe, żeby wmówić społeczeństwu, że dany osobnik jest dobrym ... (tu wstawić dowolny "gwiazdorski" zawód). Ponieważ agencje chcą zarobić jak najwięcej, dbają o to, by ich podopieczni nie ograniczali się tylko do jednej dziedziny sztuki, ale robią co mogą, by wypromować ich na kilku polach. 
Co z tego wynika?
Jak nietrudno się domyślić - nic dobrego. Biorą się stąd całe stada fałszujących okrutnie aktorów i piosenkarzy grających jak kłody drewna. W moim odczuciu robienie z tarento na siłę idoli nastolatek, którzy gwiazdorzą we wszystkim, co możliwe, nie wychodzi im na dobre. Skupienie się na jednej, wybranej dziedzinie pozwoliłoby im na wyszlifowanie jej. No i dodałoby im trochę prestiżu, bo póki co słowo "tarento" brzmi dość pogardliwie i plasuje się kilka kategorii niżej niż "aktor" albo "piosenkarz". "Tarento", czyli gwiazdka, która zajmuje się wszystkim i niczym. A przynajmniej tak głosi stereotyp.
Tymczasem w rzeczywistości wśród tych "tarento" znajdują się całkiem nieźli aktorzy, którym etykietka tarento ewidentnie szkodzi. Wprawdzie niebotycznie fałszują i ze śpiewaniem powinni natychmiast dać sobie spokój (a nawet jeśli nie fałszują... cóż, kariera w J-Popie nie jest szczególnym powodem do dumy...), ale jako aktorzy spisują się naprawdę nieźle. Z drugiej strony, są też ci, którzy grać ewidentnie nie umieją, a są wrzuceni do jednego worka z tymi pierwszymi. Człowiek obejrzy dramę w drewnem w roli głównej i myśli w pobłażaniem: no tak, tarento...

A jeśli dramy, jeśli tarento, to... Oguri Shun.


Aktor, który jest wszędzie. Japoński Shah Rukh Khan. Nie znam dokładnych statystyk, ale jak na mnie występuje w dobrych 50% dram. W tym we wszystkich najbardziej popularnych: Hana yori dango, Hanazakari no kimitachi e, Gokusen... Zresztą, wystarczy rzucić okiem na listę na Filmwebie. Jest dość nietypowym tarento, bo chyba nie śpiewa, a w dodatku jest już stosunkowo stary - całe 30 lat! Powiem szczerze: nie rozumiem kompletnie, na czym polega fenomen tego aktora. Ani tego, czemu zatrudniają go do tylu produkcji, ani tego, dlaczego ludziom się to podoba. Mnie gra aktorska tego pana doprowadza do szału i nawet jeśli jest dobrym aktorem, to dobiera sobie fatalne role. Nie widziałam go jeszcze w roli ekspresywnej, w której mógłby wykazać się czymkolwiek więcej niż mruknięciami albo powtarzanym w kółko: "A, so ka?". A występuje w prawie wszystkim, co oglądam albo planuję obejrzeć. Niestety...

wtorek, 28 lutego 2012

Leo Delibes, Lakme

Co szczególnie podoba mi się w bydgoskiej operze to fakt, że spektakle są przeważnie (a może nawet zawsze) bardzo wierne oryginałom. Nie ma tu niepotrzebnego uwspółcześniania, dziwacznych, futurystycznych strojów (vide poznańska Aida) i całej tej nowoczesnej otoczki, która do niczego nie jest potrzebna. Jest tak, jak być powinno. Tradycyjnie i pięknie. 
Spektakle są wierne oryginałom także w innej kwestii: jeśli według twórcy opery bohaterowie są piękni, to naprawdę tacy są. A przynajmniej na takich wyglądają z drugiego balkonu ;). Póki co zawiodłam się pod tym względem jedynie na Madamie Butterfly... Zdaję sobie oczywiście sprawę z tego, że w operze liczy się przede wszystkim głos, ale jednak, kiedy co chwilę pojawia się w arii zwrot "O, piękna Aido", a na scenie widzę osobę o posturze kwadratu (spora w tym zasługa owych genialnych inaczej strojów) - cóż, coś mi tu zgrzyta. Opera jest też sztuką wizualną i nie powinno się tego aspektu zaniedbywać.

Lakme Leo Delibesa w niczym nie odbiega od standardu Opery Nova. Jest tradycyjnie, bez udziwnień. Stroje są takie, jakie być powinny: indyjskie, egzotyczne i kolorowe. Sama Lakme (Agnieszka Kozłowska) też prezentuje się bardzo ładnie - zwłaszcza w pierwszym akcie, kiedy jest jeszcze ubrana w piękne, kolorowe sari. Trochę gorzej jest z Geraldem (Vasyl Grokholsky), który mnie akurat jakoś nadzwyczajnie swoją aparycją nie zachwycił. No, ale który mężczyzna prezentuje się dobrze ze spodniami w wysokich butach...? 



O czym właściwie jest ta opera? Cóż... O tym samym, o czym większość oper: tragicznej, beznadziejnej miłości. Tym razem w dekoracjach indyjskich. Tytułowa bohaterka, Lakme (inna wersja imienia Lakszmi, które nosi jedna z najważniejszych bogiń hinduistycznego panteonu), jest córką bramina (Jacek Greszta), który ukrywa się w dżungli przed Anglikami. W libretcie dowiadujemy się, że kapłan:
Uczynił ze swej córki boginię.
Lepiej jeszcze: czarodziejkę,
która skrywa się, gadają, niczym bogini,
w tym słodkim raju niedostępnym dla niewiernych
a zwana jest Lakmé.
Lakme żyje w ukryciu, doglądana przez dwoje służących: Malikkę (Małgorzata Ratajczak) i Hadjiego (Marcin Naruszewicz). Zwykli śmiertelnicy nie mają prawa jej oglądać. Ale pewnego dnia  miejsce, w którym ukrywa się wraz z ojcem, zostaje odnalezione przez grupę Anglików. Grupa jest absolutnie niegroźna: dwaj mężczyźni są wprawdzie żołnierzami, ale odbywają jak najbardziej cywilną wycieczkę w towarzystwie dwóch kobiet. Roztropniejszy z mężczyzn, Frederick (Wojciech Dyngosz), szybko spostrzega, że znajdują się w kryjówce Hindusów i próbuje nakłonić przyjaciół do odwrotu, dopóki nikt ich nie zauważył. Udaje mu się to po długich namowach, jednak Rose (Krystyna Nowak), narzeczona drugiego mężczyzny, Geralda, dostrzega w potoku piękne klejnoty. Gerald postanawia zostać chwilę dłużej i narysować je dla ukochanej. Przyjaciele opuszczają go i... Zaczyna się. W powietrzu unosi się piękny zapach. Mężczyzna czuje się, jakby ktoś rzucił na niego urok. Aż w końcu do kryjówki powraca Lakme, a Gerald (ładnie to tak?) z miejsca zapomina o narzeczonej, o wojsku, o Anglii...



To pierwsza od dłuższego czasu opera, którą jestem zachwycona. Podobało mi się w niej prawie wszystko - a to, co mi się nie podobało, i tak nie ma wpływu na mój ogólny zachwyt. Tym razem nie powaliła mnie na kolana scenografia; balet też był momentami słabo zsynchronizowany. Z drugiej strony, kostiumy nadrabiały za dekoracje, a po obejrzeniu sceny z festiwalu, w której baletnice wyginały się w zupełnie dla mnie niepojęty sposób, byłam w stanie wybaczyć baletowi wszystkie niedociągnięcia. 
No i przede wszystkim - te arie! Brzmiało to przepięknie i naprawdę robiło wrażenie. Co więcej, zupełnie nieoczekiwanie odkryłam w tej operze znajomą melodię. Wstyd się przyznać, ale kojarzyłam ją tylko z jakiejś reklamy... Lubię takie niespodzianki. Duet Agnieszki Kozłowskiej i Małgorzaty Ratajczak wypadł bardzo, bardzo dobrze. Sama przyjemność słuchania. Ach, szkoda, że Opera Nova nie udostępnia choćby fragmentów swoich przedstawień...


Równie miłą niespodzianką było dla mnie odkrycie, że tekst opery został napisany po francusku. Zapomniałam to wcześniej sprawdzić i nastawiłam się raczej na królujący w operze włoski. A tu tak miłe zaskoczenie!

Będzie mi tego brakowało przez najbliższy rok...

środa, 22 lutego 2012

Festiwal Kultury Białoruskiej

Długi dzień, zły dzień. Męczący, głodny, ciężki. Co za dużo to niezdrowo...
Nie samym japońskim żyje człowiek, nawet student japonistyki. A więc, żeby nie było tak monotonnie - tylko Japonia i Japonia... Mała informacja dla mieszkających w Poznaniu:


Więcej o festiwalu można przeczytać tutaj. Ja sama z chęcią wybiorę się na spotkanie z podróżnikiem (28.02) i wieczór muzyczno-fotograficzno-kulinarny (2.03). O filmie "Masakra" nie słyszałam (co gorsza, Filmweb też nie), ale tytuł brzmi jakoś mało zachęcająco...

Założę się, że kiedy przyjdzie co do czego nie będzie mi się chciało nigdzie iść, ale póki co myślę o tym z przyjemnością :).

niedziela, 19 lutego 2012

Abe Kobo, "Urwisko czasu"

Moja ocena: 3,5/6

Abe Kobo trochę mi się już przejadł - i z nieukrywaną ulgą myślę o tym, że to była jego ostatnia książka, która czekała na mnie w kolejce "do przeczytania". Chyba, że o czymś nie wiem i kolejna, nieznana mi jeszcze powieść rzuci się na mnie z półki podczas kolejnej wizyty w bibliotece... Hmm - biblionetka twierdzi, że to już wszystko, została mi tylko antologia "Tydzień świętego mozołu". No i dobrze.

W przeciwieństwie do Kobiety z wydm, Schadzki i Czwartej epoki, Urwisko czasu to nie powieść, a zbiór opowiadań i dramatów, wybranych przez profesora Melanowicza (jednego z najbardziej znanych tłumaczy i literaturoznawców w japonistycznym światku). Jest ich łącznie... 11. Plus posłowie. Ciężko mi ocenić tę książkę jako całość, bo - jak to zwykle z antologiami bywa - poszczególne utwory różnią się od siebie poziomem i sensownością. Ostateczna ocena jest stosunkowo niska. Cóż, opowiadania i dramaty bezsensowne przeważały jednak nad tymi, które sens miały albo przynajmniej przyjemnie mi się je czytało...

Gdybym miała wybrać najlepszy utwór z tego zbioru, bez wahania wskazałbym na Życie poety. Wprawdzie jest surrealistyczne, nie do końca jasne i równie dziwne jak prawie wszystkie dzieła Abego Kobo, ale jako jedyne ma w sobie spory element baśniowości. Życie poety kojarzyło mi się nieco z Królową śniegu. A skojarzenia z baśniami to zawsze plus parę punktów do przyjemności czytania.

Dobre było również tytułowe Urwisko czasu - opowieść o bokserze, który stoi właśnie przed najważniejszą walką w swoim życiu, która zadecyduje o jego "być albo nie być" w tym sporcie. Bohater z jednej strony bardzo chce wygrać, a przynajmniej tak twierdzi - z drugiej jednak jest już zmęczony ciągłym niewyspaniem, dietami, tym, że nie może nawet napić się alkoholu ani wypalić papierosa. Pamiętam zajęcia z literatury, na których koleżanka opowiadała właśnie o tym utworze i skwitowała go słowami: ...i pomyślałam sobie, że to zupełnie jak my - też nie możemy się doczekać, kiedy się w końcu wyśpimy i odpoczniemy. Teraz się męczymy, ale kiedyś się nam to opłaci i nadrobimy stracony czas...

Podobało mi się również opowiadanie Za zakrętem - historia mężczyzny, który stracił "poczucie ciągłości" i nagle, ni z tego ni z owego, zapomniał fragmentu swojego życia. Szedł drogą, która znikała za zakrętem i uświadomił sobie, że nie pamięta krajobrazu, który się za tym zakrętem kryje. Normalny człowiek poszedłby dalej i po prostu spojrzał, pewien, że to przywróci mu pamięć. Ale nie u Abego Kobo. Bohater jest przekonany, że gdyby poszedł dalej i zobaczył krajobraz, a ten nadal wydawałby mu się obcy, ciągłość jego życia w jednej chwili załamałaby się. Więc wraca, przesiaduje w kawiarni, aż w końcu zapomina, kim w ogóle jest...

Warty uwagi jest również Żołnierz ze snu. Wprawdzie nie powala na kolana, ale - uwaga, uwaga! - NIE JEST opowiadaniem surrealistycznym. Realizm od początku do końca. W sumie całkiem nieźle to panu Abemu wyszło; mógłby częściej iść tą drogą...

Niestety, to by było na tyle. Pozostałe opowiadania/dramaty albo nie wyróżniały się niczym szczególnym w porównaniu do Schadzki czy Czwartej epoki, albo były tak bezsensowne, że zupełnie nie zrozumiałam, o co w nich chodzi. Momentami Abe wskakuje na jakiś wyższy, niedostępny dla mnie poziom abstrakcji. Pociesza mnie to, że prof. Melanowicz najwyraźniej też go nie rozumie, skoro stwierdza w posłowiu: wieloznaczność tego tekstu posunięta jest do granic braku znaczenia.

Zmęczyłam się już japońską literaturą. Chyba podczas kolejnej wizyty w bibliotece odpuszczę sobie wypożyczenie kolejnej partii...

środa, 15 lutego 2012

Miura Kiyohiro, "Nasz syn zostaje mnichem"

Moja ocena: 5/6
Uważam, że mnich ma do wyboru dwie drogi, którymi może pójść. Jedna to zostać "ważnym mnichem". Druga to zostać "wspaniałym mnichem". Ten pierwszy pnie się coraz wyżej w hierarchii mnisiej, zajmuje ważne stanowiska w administracji świątynnej. A "wspaniały mnich" skupia się całkowicie na praktykach ascetycznych, stawia sobie wyższe cele. A pan co by wybrał?
Cieniutka książeczka. 107 stron. Z jednej strony szkoda, bo czyta się to bardzo dobrze i chętnie dowiedziałabym się czegoś jeszcze o rodzinie państwa Kimurów. Z drugiej - to jedna z zalet tej króciutkiej powieści, która właśnie dzięki temu zachowuje swoją lekkość i nutę niedopowiedzenia (co jest zresztą standardem w prawie całej literaturze japońskiej). Dobra lektura na wolny, spokojny wieczór.

Przedstawiona w powieści historia jest bardzo prosta. Japońskie małżeństwo, które przez jakiś czas mieszkało w Ameryce, wraca do Japonii i odkrywa w pobliżu domu zapomnianą świątynię zen. Mężczyzna zaczyna uczestniczyć w cotygodniowych medytacjach. Nigdy nie proponuje żonie, żeby poszła razem z nim; żona zaszywa się więc w domu, sprzątając, zajmując się dwójką dzieci i pogrążając się w poczuciu niezadowolenia. Niedziele powinno się spędzać z rodziną, wspólnie; tymczasem jej mąż znika z domu na cały dzień, zostawiając wszystko na jej głowie. Po którejś kłótni z tego gatunku mężczyzna, chcąc odciążyć żonę, proponuje synowi, aby poszedł razem z nim na medytacje. Chłopiec ochoczo się zgadza i, ku zdumieniu ojca, z własnej woli co tydzień towarzyszy mu w świątyni. Aż pewnego dnia oświadcza, że gdy dorośnie, zostanie mnichem...

Początkowo ojciec nie bierze słów syna na poważnie. Chłopiec jest dopiero w szkole podstawowej, w dodatku naoglądał się anime o buddyjskim mnichu, dorośli są więc przekonani, że to tylko chwilowa zachcianka. Jedynie mniszka ze świątyni nie traktuje decyzji chłopca z pobłażaniem. Jednak nawet ona przyznaje, że za szybko na takie decyzje i trzeba poczekać, aż chłopiec trochę dorośnie. Rodzice - zwłaszcza matka - wcale nie chcą, żeby ich syn został mnichem i liczą po cichu na to, że zapomni o tym pomyśle. Jednak kiedy chłopiec idzie do gimnazjum, w którym zaprzyjaźnia się z niewłaściwymi osobami i zaczyna sprawiać problemy wychowawcze, sami proszą mniszkę o pomoc w przeniesieniu syna do szkoły buddyjskiej. Nawet, jeśli miałoby to oznaczać, że młody Ryota naprawdę zostanie mnichem...

Książka jest bardzo krótka, ale skłania do refleksji. Początkowo prosta sprawa - mały Ryota chce zostać mnichem - z czasem staje się problemem, punktem zapalnym, w którym każdy ma swoje racje i trudno osądzić, kto naprawdę jest dobrym człowiekiem, a kto wykorzystuje naiwność innych. Dlaczego właściwie Ryota został mnichem? Czy był to wybór jego samego, rodziców, czy sprytna gra mniszki, poszukującej następcy?

Dla mnie "czarnym charakterem" tej powieści jest mniszka. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że to ona była sprężyną wszystkich wydarzeń w życiu rodziny Kimurów i podstępnie odcięła Ryotę-Ryokaia od jego własnych rodziców. "Dobrym człowiekiem" jest dla mnie natomiast ta, która najbardziej na tej grze ucierpiała: matka Ryoty, która straciła syna. Ciężko powiedzieć coś o samym Ryocie, który rzadko kiedy w ogóle się wypowiada. A narrator, ojciec chłopca? Cóż - dla mnie był dość bezpłciowy, płynący z prądem, nie umiejący sterować własnym życiem. Wszystkie wydarzenia działy się jakby obok niego i nawet jeśli wywoływały w nim jakieś uczucia, to i tak nic z tego nie wynikało...
Ja zaś, patrząc na syna w białych szatach, miałem uczucie, że odszedł do świata, do którego rodzice nie mają dostępu. Miałem wrażenie, że stało się to za szybko, że jest jakieś nierzeczywiste. Czy naprawdę w ten sposób zerwane zostały więzy rodzice-dziecko? Czy te więzy były aż tak ulotne? "Dziękuję, ojcze". "Dziękuję, mamo". Czy tych kilka słów przekreśliło wszystko, co było do tej pory? Czym  był zatem stosunek rodzice-dziecko? Czym jest? Czyżby to była tylko iluzja?
Ale to tylko moje odczucia. Być może wcale niezgodne z intencją autora. W każdym razie - bardzo podoba mi się w tej powieści to, że nie jest jednoznaczna i czarno-biała...

Na koniec krótki cytat, który nijak ma się do treści książki, ale wyjątkowo mi się spodobał:
Miasto ma w swej konstrukcji jakiś zalążek samotności, nawet jeśli bardzo się starasz być z kimś blisko, zawsze czujesz, jak pomiędzy was wkrada się chłód, a po rozstaniu przytłaczają cię bezlitośnie szare, cementowe ściany.

niedziela, 12 lutego 2012

Liza Dalby, "Gejsza"

4/6

Liza Dalby jest postacią dość niezwykłą. Amerykańska antropolog, od dziecka (a przynajmniej nastolatki) mająca coś wspólnego z Japonią. Ciężko dokładnie stwierdzić co - autorka od czasu do czasu wprowadza do powieści retrospekcje, z których wynika, że studiowała w Japonii, mieszkała u japońskiej rodziny, jeszcze w Ameryce rozpoczęła naukę gry na shamisenie, a później, w wieku bodajże 17 lat, doskonaliła tę umiejętność już na japońskiej wyspie Kyushu... Prawdę mówiąc, zaintrygowała mnie historia życia Lizy Dalby. Skąd wzięła się u amerykańskiej nastolatki miłość do shamisenu? Dlaczego w tak młodym wieku opuściła kraj? Niestety, na te pytania nie uzyskałam odpowiedzi, a informacje o wcześniejszym życiu autorki są tak porozsypywane, że trudno złożyć je w jakiś spójny obraz...

Ale nie to jest najważniejsze. Niezwykłość Lizy Dalby wynika z czegoś innego - jest jedyną nie-Japonką, która została gejszą. Wprawdzie była nią tylko przez rok i ze względu na to (gejsze zdawały sobie sprawę, że amerykańska gejsza po roku wróci do ojczyzny) nie połączono jej oficjalnymi więzami z jej nową "rodziną", ale mimo wszystko jest to fakt godny swego rodzaju podziwu. Nie żebym kiedykolwiek marzyła o zostaniu gejszą, ale to, JAK w ogóle autorce udało się tego dokonać - wejść w tak zamknięte, tradycyjne środowisko! - jest dla mnie zdumiewające.

Gejsza jest zapisem doświadczeń autorki z owego roku, w którym była nie Lizą Dalby, a gejszą Ichigiku. Tytuł jest dość mylący i wynikło z niego moje lekkie rozczarowanie lekturą. Spodziewałam się książki popularnonaukowej o życiu współczesnych gejsz, tymczasem Gejsza jest czymś w rodzaju zbioru luźnych przemyśleń, niekoniecznie sensownie poukładanych. Dużo w tym osobistych wtrętów autorki, które po jakimś czasie zaczęły mnie trochę nużyć. Działało mi na nerwy też częste podkreślanie przez autorkę własnych umiejętności; odniosłam wrażenie, że Liza Dalby bardzo starała się udawać skromność, ale nie do końca jej to wyszło.

W książce opisane zostało właściwie wszystko, co łączy się ze słowem gejsza. Autorka przedstawia etymologię tego słowa, historię życia gejsz, porównuje ją z dzisiejszymi warunkami, opisuje obecne ceremonie przyjmowania do wspólnoty gejsz i odchodzenia z niej, stosunki panujące w poszczególnych hanamachi oraz między nimi; przedstawia symbolikę elementów ubioru gejszy, szczególną uwagę poświęcając kimonom... Drobiazgowo opisuje też te gejsze, które były jej najbliższe w czasie jej praktyki, zwłaszcza okasan, czyli "matkę", oraz Ichiume, jej oneesan, czyli "starszą siostrę".

Dla mnie zdecydowanie najmocniejszym punktem książki były opisy życia gejsz w dawnych czasach. Zarówno historia samej instytucji gejszy - obecnie symbolu tradycji, dawniej nowoczesności - jak i przedstawienie warunków, na jakich pojawiały się w okiya, domach gejsz, małe dziewczynki, na których w późniejszych latach niejako "wymuszano" dług, który musiały spłacać w dorosłym życiu... Wszystko to było bardzo ciekawe. Nie ukrywam, że spory udział miała w tym powieść Wyznanie gejszy, w której dzieciństwo głównej bohaterki zostało przedstawione w naprawdę dramatycznym świetle. Niezbyt potrafiłam to połączyć z radosną wizją absolwentki liceum, która dobrowolnie postanawia zostać gejszą, sama wybiera sobie partnerów, a po kilku latach wychodzi za mąż i odchodzi z zawodu... Dzięki tej historycznej części książki udało mi się jako tako połączyć te dwa obrazy.

Najsłabszym punktem książki jest za to jej chaotyczność. Autorka kilkakrotnie pisze o tym samym, przeskakuje między niekoniecznie powiązanymi tematami, nieraz opisuje też sytuacje, które tak naprawdę niewiele wnoszą. Z tego powodu lektura Gejszy jest nieco przynudnawa. Przynajmniej dla mnie była.

Niemniej jednak, jest to dobra pozycja dla wszystkich, którzy w mniejszym lub większym stopniu interesują się gejszami i chcieliby dowiedzieć się o nich czegoś więcej niż wyczytali w Wyznaniach gejszy - powieści, której akcja toczy się jeszcze przed wojną na Pacyfiku. Świat przez ten czas zmienił się wszędzie, ale w Japonii, która wtedy właśnie przechodziła szybką modernizację, ta zmiana jest szczególnie widoczna. Gejsza Sayuri żyła w zupełnie innej epoce niż Ichigiku; w międzyczasie w społecznościach gejsz zaszły diametralne zmiany i zatrzymanie się na etapie sprzedawania dziewczynek oraz rytualnego mizuage byłoby olbrzymim błędem.

Szkoda, że Gejsza Lizy Dalby powstała dobre 30-40 lat temu. Jestem przekonana, że przez ten czas również zaszły znaczące zmiany i ciekawa jestem, jak wygląda to teraz...

sobota, 11 lutego 2012

Top 10: Dziesięć książek, które chcielibyśmy znów po raz pierwszy przeczytać


Top 10
to akcja, przy okazji której raz w tygodniu ma blogu pojawiają się różnego rodzaju rankingi, dzięki którym czytelnicy mogą poznać bliżej blogera, jego zainteresowania i gusta. Jeżeli chcesz dołączyć do akcji - w każdy piątek wypatruj nowego tematu na dany tydzień.



Najnowszy temat jest dla mnie wyjątkowo trudny. Większość ludzi chciałaby zapewne przeczytać daną książkę ponownie po raz pierwszy po to, aby znów nie znać zakończenia i w napięciu oczekiwać na rozwiązanie zagadki... Ja tymczasem cierpię na niewybaczalną dla niektórych przypadłość: notorycznie podglądam "co będzie dalej". I w najmniejszym stopniu mi to nie przeszkadza. Nie czuję, żebym w związku z tym traciła szczególnie dużo ani żeby ulatniała się cała tajemnica... Ale w związku z tym to, czy czytam daną książkę po raz pierwszy czy pięćdziesiąty nie ma dla mnie aż takiego znaczenia. Żeby wytypować 10 książek, które chciałabym ponownie przeczytać po raz pierwszy, musiałam mocno wysilić pamięć...

1. Dawid Grossmann, Kto ze mną pobiegnie

Chyba jedyna pozycja na tej liście, która sama, bez problemu przyszła mi do głowy. Powieść Grossmanna (notabene, jedna z moich ulubionych) zawiera wątek przygodowo-detektywistyczno-kryminalny, który zainteresował mnie do tego stopnia, że postanowiłam nie psuć sobie zabawy i nie podejrzałam, co będzie dalej. Ani razu. W związku z tym książka trzymała mnie w napięciu do samego końca i trochę szkoda mi, że obecnie znam już zakończenie...

2. J.R.R. Tolkien, Władca pierścieni

 
Też nie miałabym nic przeciwko temu, żeby przeczytać Władcę... ponownie po raz pierwszy. Pamiętam te emocje, moje niedowierzanie przy śmierci jednego z członków drużyny i niepohamowaną chęć zobaczenia "co będzie dalej"... Tej książki też nie podglądałam, z tego co pamiętam.


3. R.A. Salvatore, Trylogia mrocznego elfa

Pana Salvatora, niestety, podglądałam - a szkoda, bo zepsułam sobie sporo zabawy. Dobrze byłoby przeczytać go raz jeszcze, nie wiedząc, co się wydarzy i nie zerkając ukradkiem na dalsze strony...


4. Jostein Gaarder, Dziewczyna z pomarańczami

Czytałam tę książkę tak wiele razy, że znam ją już prawie na pamięć. W związku z czym czyta mi się ją mniej przyjemnie niż na początku. Miło byłoby więc znów przeczytać ją "po raz pierwszy" i w pełni cieszyć się lekturą...


5. J.K. Rowling, Harry Potter i więzień Azkabanu

Co prawda wszystkich Harrych chętnie przeczytałabym ponownie po raz pierwszy, ale Więzień Azkabanu jest zdecydowanie na pierwszym miejscu. Jak to się czytało...!


6. L.M. Montgomery, Seria o Ani z Zielonego Wzgórza
Podobnie jak w przypadku Dziewczyna z pomarańczami - książki o Ani znam prawie na pamięć. Trochę mi się już znudziły, bo nie mogę wyciągnąć z nich niczego nowego. Więc.

7. Khaled Hosseini, Tysiąc wspaniałych słońc
Żeby nie znać zakończenia. I znów dać się zaskoczyć.


8. Jane Austen, Opactwo Northanger

Spodziewałam się po tej książce zupełnie czegoś innego, więc już po pierwszych kilku zdaniach kwiczałam ze śmiechu. Chciałabym znów dostać taką miłą niespodziankę.

9. Joanna Chmielewska, Całe zdanie nieboszczyka

Moja ulubiona część "trylogii z Diabłem". Śmieszyła mnie do łez, a teraz trochę mi się już przejadła.


10. Elina Hirvonen, Przypomnij sobie

Bo czytałam tę książkę na szybko, w zatłoczonym pociągu, i wydaje mi się, że trochę ją przez to skrzywdziłam. Niektóre książki się do pociągów nie nadają i to jest chyba jedna z nich...

środa, 8 lutego 2012

Pożegnania // Okuribito

 
8/10

Tytuł japońskiego filmu Okuribito, zdobywcy Oskara z 2009 w kategorii "najlepszy film nieanglojęzyczny", ciężko przetłumaczyć sensownie na język polski. Sami Japończycy zapisują go hiraganą, czyli jednym z dwóch alfabetów sylabicznych (znaczy: znaki nie niosą znaczenia, a jedynie informację fonetyczną, czyli nijak nie pomaga to w rozszyfrowaniu tytułu). Mi, orientującej się w miarę w języku japońskim, natychmiast po usłyszeniu tytułu pojawiło się przed oczami (chyba słusznie) słowo: 送り人. Okuribito. Okuri (送り) - odprowadzać oraz hito (人) - człowiek. Człowiek, który odprowadza. Bardzo pasujący tytuł, choć trudny do przełożenia. Ale tym razem tłumacze poradzili sobie bardzo dobrze i zarówno angielskie Departures, jak i polskie Pożegnania całkiem nieźle oddają treść filmu...

Głównym bohaterem jest Daigo Kobayashi (Masahiro Motoki), wiolonczelista, który już w pierwszych minutach filmu traci pracę. Mimo że żona, Mika (Ryoko Hirosue), optymistycznie radzi mu, aby poszukał zatrudnienia w kolejnej orkiestrze, Daigo postanawia całkowicie zerwać z dotychczasowym życiem. Sprzedaje horrendalnie drogą wiolonczelę i wyprowadza się do domu na prowincji, który odziedziczył po matce. Mika zastanawia się nad reaktywowaniem restauracji, którą prowadził dawniej ojciec Daigo, a po jego odejściu do innej kobiety - matka. Sam Daigo natomiast postanawia odpowiedzieć na dość enigmatyczne ogłoszenie w gazecie, którego autorzy poszukują "osoby pomagającej w podróżach".

Już w pierwszych sekwencjach filmu widać, że Daigo zdecydowanie nie pracuje jako pilot wycieczek. W treść ogłoszenia wkradł się błąd: przez pomyłkę "połknięto" jeden znak i "podróże" zastąpiły "przeprawianie na tamten świat". W rzeczywistości nowa praca Daigo ma polegać na odprawianiu ceremonii pogrzebowych: myciu zmarłego, ubieraniu go w piękne kimono i malowanie go tak, aby wyglądał równie pięknie jak za życia. Wszystko to w precyzyjny, elegancki sposób... 
Początkowo Daigo próbuje utrzymać swoją pracę w tajemnicy. Jednak im dłużej pracuje, im więcej ceremonii odprawia, tym bardziej rozpoznawalny się staje. W końcu również najbliżsi Daigo odkrywają wstrząsającą prawdę - i nie są nią zachwyceni. Jest w Japonii parę zawodów, których nie wypada uprawiać, a wszelkie prace wymagające kontaktu ze zmarłymi zajmują wśród nich poczesne miejsce. Zmarły znaczy skażony, nieczysty, w pewnym stopniu wręcz przeklęty. Osoba, która się nimi zajmuje, sama również staje się nieczysta. Mi, jako Europejce, przedstawione w filmie reakcje Japończyków wydały się początkowo przesadzone; dopiero kiedy przypomniałam sobie o stosunku Japończyków do śmierci zaczęłam rozumieć ich zachowanie... Przynajmniej trochę.

O czym właściwie są Pożegnania? Myślę, że o przełamywaniu uprzedzeń, o równości wobec śmierci i jej nieuchronności, ale jednocześnie o poszukiwaniu swojego miejsca w życiu, którego nie da się znaleźć odcinając się od korzeni. Problem podejścia rodziny i przyjaciół głównego bohatera do jego pracy przeplata się ze wspomnieniami o "paskudnym ojcu", który opuścił rodzinę. Daigo utrzymuje, że go nie znosi, nie zależy mu na nim, nawet nie pamięta już jego twarzy - a jednocześnie wpatruje się melancholijnie w "kamienny list", który dostał od niego w dzieciństwie i wspomina o nim zdecydowanie zbyt często jak na człowieka, któremu "nie zależy".

Bardzo dobry film. Spokojny i powolny - co nie wszystkim musi akurat odpowiadać. Mi ta powolność nie przeszkadzała i nie nudziłam się na nim ani przez chwilę; patrzyłam tylko jak zahipnotyzowana w ekran... Bo Pożegnania są, pomijając już warstwę fabularną i aktorstwo (tu się nie będę wypowiadać - jak mówiłam już ze sto razy, nie znam się. Nie zgrzytało, ale też nie zachwyciło), ładne. Bardzo estetyczne. A jeśli i tego byłoby za mało, to dochodzi jeszcze wspaniała muzyka... Choć Daigo szybko rezygnuje z pracy w orkiestrze, to od czasu do czasu wyciąga z szafy swoją dziecięcą, małą wiolonczelę. Jej dźwięki są podstawą podkładu muzycznego całego filmu. Jeśli ktoś lubi muzykę klasyczną (ja lubię :)), będzie zachwycony.



Ode mnie ósemka. Mój tata - udało nam się w końcu obejrzeć film razem - wystawił siedem. Być może, wbrew pozorom, mam jednak jakąś większą sympatię dla Japonii i japońskiego...? :)

sobota, 4 lutego 2012

Top 10: bohaterowie, z którymi chcielibyśmy zamienić się miejscami


 
Top 10 to akcja, przy okazji której raz w tygodniu ma blogu pojawiają się różnego rodzaju rankingi, dzięki którym czytelnicy mogą poznać bliżej blogera, jego zainteresowania i gusta. Jeżeli chcesz dołączyć do akcji - w każdy piątek wypatruj nowego tematu na dany tydzień.



Postanowiłam i ja dołączyć do małej zabawy, którą już jakiś czas temu zaproponowała na swoim blogu Klaudyna. Tematów było już mnóstwo i nie sądzę, żeby kiedykolwiek udało mi się je "nadrobić", zamierzam więc przede wszystkim skupić się na nowych tematach. Stare listy pojawią się, jeśli będę akurat cierpiała na nadmiar wolnego czasu, syndrom "co zrobisz, żeby się nie uczyć" albo po prostu będę miała wielką ochotę podzielić się którąś z nich...

Temat tego tygodnia to, jak widać w tytule posta, "bohaterowie, z którymi chcielibyśmy zamienić się miejscami". Moja dziesiątka to:

1. Mary Lennox (F.H. Burnett, Tajemniczy ogród)

Choć sama Mary nie jest najsympatyczniejszą postacią książkową (ba, przeważnie jest wręcz okropnie nieprzyjemna), to chętnie zamieniłbym się z nią miejscami. Chciałabym mieszkać w wielkim, tajemniczym dworze, odnaleźć zaniedbany ogród, którym nikt już się nie zajmuje i spędzać w nim całe dnie, powoli przywracając go do życia. Nie pogardziłabym też bogatym wujkiem, gadatliwą służącą i jej przesympatycznym bratem. Może tylko ten rozpieszczony kuzyn-półinwalida by mnie irytował...

2. Maria Minchin (F.H. Burnett, Mała księżniczka)

 Tak, książki pani Burnett, choć przeznaczone dla dzieci, najwyraźniej mają dla mnie niemałe znaczenie :). Zdaję sobie sprawę z tego, że panna Minchin jest dość oryginalnym wyborem. Zamieniłabym się z nią miejscami z prostego powodu: ja całą tę akcję z Sarą rozegrałabym o wiele lepiej. Bardzo lubię Sarę i z pewnością zasłużyła sobie na to, żeby znaleźć się pod opieką kogoś mniej bezdusznego niż panna Minchin - a ośmielę się stwierdzić, że charakter mam jednak nieco lepszy ;).

3. Izabela Gordon (L.M. Montgomery, Ania na uniwersytecie)

Uwielbiam Anię na uniwersytecie najbardziej ze wszystkich Ań i z całego serca zazdroszczę całej czwórce bohaterek takiego studenckiego życia. Chciałabym zamieszkać w Ustroniu Patty, poznać Anię, Priscillę i Stellę, wyprawiać przyjęcia w każdy piątek, być taką beztroską, z lekka zwariowaną osobą. Trochę wstyd się przyznać, ale nie miałabym też nic przeciwko byciu najpiękniejszą dziewczyną na uniwersytecie, za którą zawsze ugania się tłum wielbicieli. A ostatecznie równie chętnie jak Iza rzuciłabym to wszystko w diabły...

4. Heidi (Johanna Spyri, Heidi - dziewczynka z gór)

Absolutny powrót do dzieciństwa :D. O, tak, chciałabym być Heidi, dziewczynką z gór. Po pierwsze: uwielbiam góry. Po drugie: od dawna męczy mnie świadomość tego, że to, czym się zajmuję, jest de facto mocno oderwane od takiego realnego, przyziemnego życia. Heidi, dziewczynka z gór, zajmowała się właśnie takimi "podstawowymi" rzeczami. Zbierała zioła, wypasała owce, prowadziła gospodarstwo... A w przerwach pomiędzy tym przyszywana babcia zabierała ją w podróże po Europie. Czego chcieć więcej?

5. Elżbieta Stryba (Małgorzata Musierowicz, Noelka)

To jedna z moich ulubionych części Jeżycjady. Nie jestem szczególną fanką samej Elki, niespecjalnie pociąga mnie też myśl o mieszkaniu jedynie z ojcem, dziadkiem i jego bratem, ale jednego dziewczynie zazdroszczę - tej niesamowitej Wigilii, którą spędziła jako Aniołek, chodząc po domach i rozdając prezenty. Dla mnie, której ciężko wyrwać się z domu dokądkolwiek przez cały okres Bożonarodzeniowy, spędzenie Wigilii poza domem jest czymś zupełnie niewyobrażalnym. To byłoby niesamowite przeżycie. Jestem pewna.


6. Joanna Stirling (L.M. Montgomery, Błękitny zamek)

O ile Ania na uniwersytecie jest moją ulubioną częścią , o tyle Błękitny zamek jest moją ulubioną powieścią z całego dorobku pani Montgomery. Czytałam ją x razy, za każdym zanosząc się śmiechem z numerów, które nagle zbuntowana Joanna wywijała swojej rodzinie. Życie, które prowadziła po wyprowadzce z domu, było wspaniałe. Poza tym, bardzo chciałabym kiedyś zamieszkać w takim miejscu jak ona. Te opisy...! Marzy mi się zimowy Błękitny zamek... Edward Snaith również w najmniejszym stopniu by mi nie przeszkadzał ;). Podoba mi się taki model związku. No i zakończenie całej tej historii.


7. Małgosia aka Jejmościanka Małgorzata (Ewa Nowacka, Małgosia contra Małgosia)

Nie należę do ludzi, którzy uważają, że urodzili się w złych czasach i wzdychają z tęsknotą za balami, pięknymi sukniami i tradycyjnym staraniem się o rękę. Bale balami, suknie sukniami, ale dla mnie dużo cenniejsze jest to, że żyję w mieszkaniu ogrzewanym kaloryferem (zmarźlak ze mnie, co zrobić ;)), że nikogo nie dziwi fakt, że chcę się uczyć i raczej nikt nie patrzy na mnie z pobłażaniem, uznając, że kobieta jest istotą o małym rozumku. Dlatego jeśli już miałabym się zamienić miejscami z kimś, kto żył w dawnych czasach, to wybrałabym właśnie Małgosię - nastolatkę z PRLu, która na niedługi czas zamieniła się miejscami z Jejmościanką Małgorzatą z czasów Jana III Sobieskiego. Potańczyła sobie na balach, poodtrącała (albo i nie...) paru konkurentów, poznała na własnej skórze życie sprzed paruset lat - i wróciła do domu. Gdybym tylko mogła jeszcze wrócić do własnych czasów wtedy, kiedy by mi się zachciało, a nie czekać na wizytę złośliwego dytka...


8. Marigold Lesley (L.M. Montgomery, Czary Marigold)

I znów pani Montgomery. Mam słabość do Świerkowej Kępy, szalonych kuzynek, Sylvii czekającej w sadzie i gromady barwnych krewnych. Mogłabym zamienić się miejscami z małą Marigold. Miała piękne życie.


9. Julie Pissarro (Irving Stone, Bezmiar sławy)

Julie w powieści Stone'a prawie nie występuje. Niby jest żoną Pissarra, przewija się przez całą powieść, ale właściwie niewiele się o niej dowiadujemy. Tak czy inaczej, myślę, że ciekawie byłoby zamienić się z nią miejscami. Życie z malarzem musi być czymś zupełnie innym niż to, co mam na co dzień. A sądząc po obrazach Camille'a Pissarro, pięknych widoków na co dzień też by mi nie brakowało...

10. Hermiona Granger (J.K. Rowling, Harry Potter)

Wpisuję to z pewnym wahaniem, bo w moich wyobrażeniach byłam zawsze kolejną postacią z Harry'ego Pottera, nie zamiennikiem Hermiony. Ale cóż - gdybym nie mogła pojawić się w Hogwarcie jako ja (sowa nie przyszła, niestety), to chętnie zamieniłabym się miejscami z Hermioną. Magia, kryjący wiele niespodzianek zamek, nielegalne wypady do Hogsmeade... Nie nudziłabym się, jestem pewna :).

wtorek, 31 stycznia 2012

Abe Kobo, "Czwarta epoka"

4/6
Przypadek jest dlatego "przypadkowy", ponieważ zwykle zdarza się bez jakiejkolwiek przyczyny, poza serialem telewizyjnym. Śmierć mężczyzny... podejrzenia... śmierć kobiety... dziwne telefony, sprzedaż i kupno płodów ludzkich... pułapka, w którą wpadła żona... Ciąg wydarzeń, które zaczęły się od czystego przypadku i splotły się, stając się całym ciągiem, jednym łańcuchem, nie potwierdzającym ani nie negującym niczego, ale owijającym się wokół mojej szyi niczym stryczek. Czułem się tak, jakby gonił mnie szaleniec, w dodatku bez istotnej przyczyny. Dla mojego racjonalnego umysłu było to trudne do zniesienia.
Dla mojego racjonalnego umysłu trudne do zniesienia są powieści Abego Kobo. I choć zazwyczaj mi się podobają, choć doceniam wyobraźnię autora i jego umiejętność nadawania własnym dziełom psychodelicznego, surrealistycznego klimatu, to jednak nie biegnę w podskokach do biblioteki, aby wypożyczyć jego kolejne powieści. Wszystkie są do siebie tak podobne, że czytelnik z góry wie, czego może się po nich spodziewać. Różnią się fabułą, oczywiście, ale nastrój jest ten sam. Mroczny, ciężki, przytłaczający i mocno fatalistyczny. Dopiero niedawno przeczytałam Schadzkę i podeszłam do Czwartej epoki z lekką niechęcią i niepokojem, przekonana, że czeka mnie powtórka z rozrywki. Nie pomyliłam się. Takie natężenie dziwności to dla mnie chyba za dużo...

W przeciwieństwie do Schadzki, o której pisałam jakiś czas temu, a także najsłynniejszej powieści Abego, czyli Kobiety z wydm, Czwarta epoka zalicza się do gatunku science-fiction. Główny bohater to twórca, programista i "opiekun" maszyny prognostycznej. Wyposażona w sztuczną inteligencję samoucząca się maszyna potrafi prognozować przyszłe wydarzenia na podstawie zebranych i przeanalizowanych danych. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że mamy do czynienia z czymś magicznym - maszyna, która przewiduje przyszłość! Abe Kobo opisuje ją jednak w jak najbardziej naukowy sposób, tak że już po kilku rozdziałach jesteśmy w stanie uwierzyć, że taka maszyna naprawdę mogłaby powstać. Bohaterowie "uczą" ją praw fizyki, biologii i wszelkich innych rzeczy, które ludzie wkuwają przez lata szkolnej nauki. A maszyna z przedstawionych jej danych wyciąga arcylogiczne wnioski, których nie potrafią wyciągnąć ograniczone ludzkie umysły. Dzięki temu potrafi przewidzieć też wydarzenia z dalekiej, dalekiej przyszłości...

Wszystko to brzmi pięknie, dopóki maszyna zajmuje się prognozami gospodarczymi czy socjologicznymi. Ale japońska maszyna to nie jedyne i nie pierwsze urządzenie tego typu. Pionierami byli Rosjanie, którzy stworzyli maszynę "Moskwa 1", a po wynalezieniu własnej maszyny przez Japończyków - wersję ulepszoną, czyli "Moskwę 2". Oni też ogłosili światu pierwszą prognozę polityczną, w myśl której kapitalizm miałby przestać istnieć, a świat miałaby opanować doktryna komunistyczna. Prognoza ta wywołała oburzenie USA, które uznało jakiekolwiek prognozy polityczne za niemoralne. Japonia, oczywiście, natychmiast przychyliła się do tej opinii.
Ale czy cokolwiek może nie mieć związku z polityką? Główny bohater wraz z współpracownikiem przedstawia komisji kolejne projekty: ekonomiczne, socjologiczne, handlowe... Wszystkie zostają odrzucone - mogą przecież nawiązywać do polityki! Bohaterowie postanawiają więc zająć się przewidywaniem losu pojedynczego człowieka. Temat jest bezpieczny i zupełnie niepolityczny. Tyle, że jednocześnie trochę przerażający...
Jeśli eksperyment się powiedzie, a maszyna wykryje zasadę, wedle której można będzie przewidywać los człowieka... Na przykład odtworzy przeszłość i przedstawi przyszłość przestępcy... Jeśli pozwoli to na wydanie wyroku absolutnego, to można by też u zarania zapobiec przestępstwom. Przy tym można by posługiwać się tą metodą w ważnych sytuacjach życiowych, jak na przykład uzyskać poradę małżeńską, ustalić miejsce pracy, postawić diagnozę w chorobie, a jeśli zaszłaby potrzeba, to nawet przewidzieć czas śmierci...
Jak to u Abego bywa, niewinne poszukiwanie "obiektu badań", czyli przeciętnego człowieka, którego przyszłość można by przewidzieć, przeradza się w dziwną, niestworzoną historię. Nie będę zdradzać szczegółów, bo pomysł jest naprawdę ciekawy i nie chciałabym nikomu odbierać przyjemności stopniowego odkrywania, o co właściwie chodzi. Powiem tylko tyle: coś ma się w przyszłości zmienić, drastycznie zmienić, a bohaterowie nie są zgodni co do tego, jak należy w tej sytuacji postąpić. Kto ma rację? Główny bohater jako jedyny nie chce przyjąć tej informacji do wiadomości. Co jeśli maszyna się pomyliła? Z kolei pozostali bohaterowie bez większych sentymentów robią wszystko, żeby dostosować się do nowej sytuacji, nawet jeśli miałoby to oznaczać łamanie podstawowych zasad moralności. Dla większego dobra, jak mawiał Gellerd Grindelwald*... 

Kto ma rację? Postscriptum autora dość jednoznacznie odpowiada na to pytanie. Winny jest profesor, żyjący w świecie spokojnej codzienności, nie potrafiący zrezygnować z poczucia ciągłości. Jeśli ktoś uniknie tej bolesnej próby, na przykład wyznając filozofię nadziei i wiary w przyszłość, to i tak jego nadzieja pozostanie pobożnym życzeniem - pisze Abe.

Powieść była... Dziwna. Ciekawa, ale trochę przerażająca. Ciężko mi ją ocenić. Mniej więcej w połowie lektury żaliłam się współlokatorce: ta książka jest straszna, chcę już ją skończyć, żeby mieć ją z głowy! Nie mogę jednak zaprzeczyć, że w miarę lektury wciągała mnie coraz bardziej i nawet poczułam lekki żal, kiedy przeczytałam ostatnie zdanie.
Moja ocena wynika w dużej mierze ze zdania, które autor zamieścił w Postscriptum:
W zasadzie zrealizowałem cel napisania tej powieści, jeśli tylko udało mi się przybliżyć czytelnikowi konfrontację z okrucieństwem przyszłości, jeśli wywołałem ból i napięcie i w ten sposób doprowadziłem do wewnętrznego dialogu.
Przyszłość Abego jest rzeczywiście okrutna. I boli. Jeśli taki był cel napisania Czwartej epoki, to pisarz odniósł pełen sukces.




* Pewien legendarny czarnoksiężnik, występujący w Harrym Potterze i Insygniach śmierci.

niedziela, 29 stycznia 2012

Inoue Yasushi, "Samurajskie chorągwie"

4/6

Przeczytałam tę książkę tak błyskawicznie, że nawet nie zdążyłam dodać jej do "Teraz czytam" po prawej stronie. Położyłam się, otworzyłam książkę, przeczytałam ją na raz i zamknęłam... I to by było właściwie na tyle.

Właściwy tytuł Samurajskich chorągwi to Furin Kazan ( 風林火山), czyli, dokładnie według znaków: wiatr, las, ogień i góra. Zmylił mnie ten tytuł - brzmiał z lekka romantycznie i zachęcał mnie do sięgnięcia po tę powieść, sprawiając jednocześnie, że jego polskie tłumaczenie wydawało mi się idiotyczne i zupełnie nieadekwatne. Ewidentnie nie miałam racji. Ten wiatr, las, ogień i góra to znaki, które widniały na chorągwiach pewnego samuraja, a każdy z nich miał określone znaczenie. Szybki jak wiatr, spokojny jak las, zachłanny jak ogień, nieruchomy jak góra...

W przeciwieństwie do Samuraja, nad którym się ostatnio rozwodziłam (tak, wiem, to jest nie do przeczytania :P), Samurajskie chorągwie rzeczywiście opisują życie i walki samurajów. Powieść składa się w większości z bitew, potyczek i wojen, które samuraj Harunobu/Shingen Takeda prowadził z władcami sąsiednich państewek. A że akcja powieści osadzona jest w okresie sengoku (戦国), czyli "kraju w wojnie" (wiek XVI, a więc około 100 lat wcześniej, niż wydarzenia opisane w Samuraju - niby mała różnica, ale w tym przypadku niezwykle istotna), to okazji do walki jest mnóstwo. Wszystkie te wydarzenia widzimy oczami Yamamoto Kansuke - początkowo ronina, czyli "bezpańskiego samuraja", a później genialnego stratega rodu Takeda i jednego z najbardziej zaufanych doradców i przyjaciół głowy rodu, Harunobu.

Bo ja wiem. Jakby mnie nie zmylił oryginalny tytuł i nastawiłabym się na powieść do bólu samurajską, to może i by mi się podobała. A może nie. Nie ma co się oszukiwać: mało która kobieta jest jakoś wybitnie zainteresowana taktyką wojenną, ustawieniem armii i innymi takimi - a Samurajskie chorągwie składają się z takich opisów w jakiś 80 procentach. W dodatku Harunobu wygrywa wszystkie bitwy po kolei i jak burza przelatuje przez kolejne prowincje. Niby dobrze - w końcu główny bohater stoi po jego stronie - ale po zwycięstwie nad trzecim wrogiem z kolei zaczęło mnie to już trochę nużyć. Nawet nieśmiałe próby autora wprowadzenia elementu zagrożenia (nie taka taktyka, śmierć jakiegoś dowódcy etc.) nijak nie dały rady mnie zaniepokoić. Przecież i tak ostatecznie wygrają. A tak właściwie, to i tak było mi wszystko jedno. Ani ten Kansuke, ani Harunobu niespecjalnie robili mi różnicę... Byle tylko nic nie stało się Yuhime. Chociaż i ona zaczęła mi być z czasem obojętna...

Obok wątku czysto samurajskiego pojawia się drugi, nieco romansowy. W powieści pojawiają się aż trzy kobiety - i całe szczęście, bo nadają temu dziełu trochę życia i dzięki nim nie jest nudne jak flaki z olejem. Pierwszą z nich jest żona Harunobu, która jednak pojawia się właściwie w tylko jednej scenie. Wyniosła, antypatyczna, nieposiadająca uczuć - a przynajmniej tak opisuje ją Kansuke. Druga, najciekawsza, to Yuhime - córka zabitego skrytobójczo wroga, która staje się wojenną branką, a następnie kochanką Harunobu. Gdy Kansuke spotyka ją po raz pierwszy, dziewczyna ma zaledwie 14 lat. Nie pasuje do wizerunku idealnej Japonki, zwłaszcza samurajskiej córki. Do tej pory postaci tego typu - silnych, pewnych siebie Japonek, które próbują walczyć z konwenansami - spotykałam tylko w literaturze "gajdzińskiej" poświęconej Japonii i, szczerze mówiąc, mocno mnie raziły. Japonka? W tamtych czasach? Przecież to zupełnie nie pasuje. Bierze się Amerykanin za pisanie o Japonii i wychodzą mu takie głupoty... Przecież to zupełnie inna kultura, inny system wartości. Tam te poglądy były tak utarte, że kobietom żadne emancypacyjne myśli nie przychodziły nawet do głowy. 
Mam więc małą zagwozdkę z Yuhime, którą powołał do życia, dla odmiany, Japończyk. Nie mogę zarzucić mu, że nie zna tej kultury, że mitologizuje Japonię ani nic z takich rzeczy... Ale wciąż zastanawiam się, czy kobieta taka jak Yuhime miałaby szansę istnieć w tamtych czasach?
Tak czy inaczej, ze wszystkich postaci w tej powieści najbardziej polubiłam właśnie Yuhime. Kansuke (który spokojnie mógłby być jej ojcem) od pierwszej chwili jest nią zachwycony i przywiązuje się do niej równie mocno, jak do Harunobu. Dziewczyna jest niezwykle piękna, a do tego energiczna i niezależna. Zupełnie nie taka, jak powinna być - ale to właśnie urzeka Kansuke najbardziej. Jej buntownicza natura ujawnia się już na samym początku ich znajomości, kiedy Yuhime postanawia, o zgrozo... Nie popełnić samobójstwa.
Dziewczyna wstała i wybuchnęła zimnym, przenikliwym śmiechem. Kansuke ze zdziwieniem spojrzał w jej stronę.
 - Uciekłam im - powiedziała czystym, dźwięcznym głosem. - Nie chcę odebrać sobie życia. Gardzę samobójstwem.
 - Księżniczko...
Dziewczyna zaczęła krążyć po pokoju. Dwie służki dreptały w ślad za nią.
 - Nic z tego... Nienawidzę samobójstw!
(...) Kansuke, który do tej pory jak zauroczony wpatrywał się w księżniczkę, zrobił dwa szybkie kroki i chwycił ją za ramię.
 - Musisz podjąć decyzję.
Dziewczyna szarpnęła się, lecz nie zdołała oswobodzić ręki. Z góry popatrzyła na samuraja. Jej oczy miotały zimne błyski.
 - Wokół same trupy. Ja zaś chcę żyć na przekór wszystkim.
Kansuke uznał, że nigdy dotąd nie słyszał równie pięknego wyznania. Słowa dziewczyny, choć niegodne córki księcia, trafiały mu prosto do serca.
 - Moja śmierć niczego nie zmieni - ciągnęła księżniczka. - Chcę na własne oczy zobaczyć, co się stanie z zamkiem i jeziorem... Będę żyła, choćby w nędzy i poniżeniu! Umrzeć z własnej ręki... Nie! Nie! - powtarzała jak opętana.
Trzecią kobietą jest kolejna kochanka Harunobu, Aburagawa Ogoto. Równie piękna jak Yuhime, a jednak zupełnie inna. Cicha, spokojna, ciepła, naiwna... I trochę bezbarwna. Ogoto jest jak bezbronna owieczka, która zrobi wszystko, co jej każą. Gdyby Harunobu zechciał ją zabić, pewnie sama przyszłaby do niego, żeby oszczędzić mu kłopotu szukania jej... Klasyczna, podręcznikowa ciapa. Ale ma w sobie coś tak anielsko łagodnego, że nie sposób jej nie lubić.

Relacje między trzema paniami, jak nietrudno się domyślić, nie układają się najlepiej. O ile pierwsza żona Harunobu kieruje się tylko zazdrością (i to najprawdopodobniej tylko wobec samego faktu, że mąż znalazł sobie kochankę - nie chodzi tu chyba o żadne głębsze uczucia ani zranioną miłość, tylko o urażoną dumę) i troską o pozycję własnych synów, a Ogata jest chodzącą łagodnością i nie wdaje się dobrowolnie w żadne konflikty, o tyle Yuhime kipi emocjami za nie trzy razem wzięte. Kocha, nienawidzi, szaleje z zazdrości, mówi rzeczy, których mówić nie powinna... Mogłaby być bardzo ciekawą postacią. Mogłaby - bo kryjący się w niej potencjał zostaje, niestety, niewykorzystany. Z czasem Yuhime zaczyna przypominać raczej wiedźmę-intrygantkę niż niezależną księżniczkę. Jaka właściwie była Yuhime - tak naprawdę, nie tylko w oczach zachwyconego nią Kansuke? Tego się, niestety, nie dowiadujemy.

Mam tej powieści parę rzeczy do zarzucenia: brak porządnych portretów psychologicznych (a potencjał był...), niezbyt porywający styl, to, że nie wzbudziła we mnie większych emocji. Właściwie nie wiedziałam, dlaczego miałabym lubić Harunobu. Bo Kansuke mu służył? A dlaczego miałabym lubić Kansuke? Bo był dobrym strategiem? To jeszcze za mało... Ciężko czytać powieść, w której chodzi głównie o kibicowanie głównym bohaterom, a jednocześnie nie czuć do tych bohaterów sympatii. Z drugiej strony, nie czytało się źle (fragmenty "kobiece" nadrabiają za wojenne), książka była krótka (więc nie zdążyła mnie zmęczyć) no i biorę poprawkę na to, że to po prostu nie moja bajka. Wielbicielom gatunku pewnie będzie się podobała. Dlatego 4/6.

Mimo wszystko informacja na temat autora ze skrzydełka książki: Kilkakrotnie kandydował do literackiej Nagrody Nobla wydaje mi się grubą przesadą. Samurajskie chorągwie są o kilka klas gorsze od Sprawy osobistej Oego Kenzaburo albo któregokolwiek z utworów Kawabaty Yasunariego... Myślę, że nawet Murakami Haruki, obecny "stały" kandydat do literackiego Nobla, pisze lepiej. Chyba, że inne utwory Inoue Yasushiego są lepsze...?

piątek, 27 stycznia 2012

Shusaku Endo, "Samuraj"

5.5/6
Dlaczego chcę wrócić do tego kraju? Dlaczego ten kraj tak mnie obchodzi? Chyba nie dlatego, że Japończycy są mniej żarliwymi wyznawcami Chrystusa i że nie są zdolni zrozumieć głębszej prawdy. Przeciwnie, przecież mają większą niż inne narody zdolność rozumowania i są bardzo dociekliwi. Nie ma jednak w świecie drugiego takiego narodu, który by do tego stopnia odrzucał to wszystko, co nie przynosi korzyści w życiu doczesnym, wszystko, co jest nieprzydatne. Nawet jeśli przejściowo wykazywali zainteresowanie nauką Pana, czynili to nie ze względu na tę naukę, lecz na jej użyteczność w walce i w zdobywaniu bogactwa. Ileż razy przeżywałem rozczarowania w tym kraju. Wrażliwość Japończyków na ziemskie korzyści jest nadzwyczaj duża, aż za duża, nie mają natomiast zrozumienia dla rzeczy wiecznych. Mimo to tacy Japończycy i właśnie taki ich kraj rozbudzają moje pragnienie szerzenia u nich chrześcijaństwa.
Jaka to była dobra książka.
Nareszcie! Na coś takiego czekałam - na lekturę, którą będę czytała powoli, ale bez znudzenia, która postawi przede mną kilka pytań i nieoczekiwanych odpowiedzi, o której będę myślała jeszcze długo po przeczytaniu ostatniej strony. Samuraj (侍、Samurai) Shusaku Endo spełnił moje najśmielsze oczekiwania. A najśmieszniejsze jest to, że wcale nie miałam zbytniej ochoty go czytać, że zabrałam się za niego z myślą "no, skoro już to wypożyczyłam...", że wypożyczyłam tę książkę tylko dlatego, że powinnam to zrobić...

Kłębi mi się w głowie tyle myśli na temat Samuraja, że sama nie wiem, od czego zacząć, żeby to wszystko miało ręce i nogi. Książka sama w sobie, jako dzieło literackie, jest wyśmienita, ale chyba jeszcze bardziej podoba mi się przedstawiona w niej analiza Japończyków, japońskiego społeczeństwa i tej ich dziwnej, zupełnie innej od naszej religijności, której istotę tak ciężko mi uchwycić. Chociaż może wcale nie to jest najlepsze, a problem chrześcijaństwa i działalności misyjnej, który Endo opisał od tak ludzkiej, w moim odczuciu najwłaściwszej strony? Gdyby Samuraj, którego czytałam, był mój, a nie biblioteczny, byłby już pełen popodkreślanych cytatów, bo jest naszpikowany mądrymi, zaskakująco trafnymi przemyśleniami. Czytałam z zachwytem, zastanawiając się, dlaczego wcześniej tego nie zauważyłam albo kiwając głową ze zrozumieniem i cicho potakując. Genialna książka. Panie Endo, uwielbiam pana.


Kilka słów o autorze

Shusaku Endo (Shusaku - nazwisko, Endo - imię) urodził się w 1923 roku, zmarł w 1996. O ile przeważnie niespecjalnie zagłębiam się w życiorysy autorów (a już na pewno nie lubię nikogo nimi zanudzać), o tyle w przypadku Endo niezbędne jest przynajmniej krótkie rzucenie okiem na jego życie. Shusaku Endo był bowiem chrześcijaninem - i o ile dla nas, Polaków, jest to rzecz w miarę oczywista, o tyle w przypadku Japończyka jest już niezwykłym dziwactwem. Chrześcijaństwo w Japonii prawie nie istnieje - do wynawania tej wiary przyznaje się jakiś 1% populacji. Przypłynęło do Japonii w XVI wieku i na początku święciło nawet spore sukcesy (Nagasaki nazywano wówczas "Rzymem Wschodu"), ale po krótkim czasie zostało zakazane i praktycznie wymarło. Część Japończyków starała się mimo to żyć po chrześcijańsku i w ukryciu odprawiać różne obrzędy, narażając się na pojmanie, tortury, a ostatecznie śmierć. Tym tematem zajmuje się zresztą inna powieść Endo, Milczenie (沈黙、Chinmoku) - prawie równie dobra jak Samuraj. Niemniej jednak, za czasów Endo wyznawanie chrześcijaństwa było czymś dziwnym i bardzo oryginalnym. A Japończycy nie lubią oryginalności. Wystający gwóźdź należy dobić.

Endo został ochrzczony, na prośbę matki, jako dziecko. Nie jakoś szczególnie małe, bo jedenastoletnie, ale jednak dziecko. Nie rozumiał, o co chodzi w tej religii i wcale mu na chrzcie nie zależało. Samodzielnie, dojrzale zaczął rozmyślać nad chrześcijaństwem dopiero podczas wojny i mniej więcej od tego czasu rzeczywiście stał się chrześcijaninem, nie tylko ochrzczonym.
Religia - u większości japońskich pisarzy aspekt nieistniejący, przejawiający się co najwyżej w buddyjskim podejściu do życia bohaterów i shintoistycznej, dzikiej naturze - stała się głównym tematem wielu powieści Endo. Relacje między religią a moralnością, przyczyny, dla których chrześcijaństwo, mimo obiecujących początków, nie przyjęło się w Japonii, tolerancja religijna (a raczej jej brak)... Wszystko to znalazłam we wszystkich powieściach Endo, które do tej pory przeczytałam. Nie daję głowy za Morze i truciznę (海と毒薬、Umi to dokuyaku), które czytałam już dawno (moralność/etyka była na pewno, religia - nie wiem), ale zarówno Milczenie, jak i Samuraj dotyczą początku, a zarazem końca chrześcijaństwa w Japonii. 


O Samuraju

Tytuł książki jest więc, jak widać, trochę mylący. Polak, słysząc tytuł Samuraj, pomyśli zapewne, że to książka o wojnach, bitwach i innych takich. A tymczasem tytułowy samuraj to właściwie prawie chłop, tyle, że z samurajskiej warstwy. Mieszka w biednej Dolinie, pracuje ramię w ramię z chłopami, sprawia wrażenie prostego i nieszczególnie inteligentnego. Miecza nie dobywa ani razu przez cały czas akcji powieści. Co więcej, nie jest jedynym głównym bohaterem. Drugim, równie ważnym, jest bowiem hiszpański zakonnik, padre Velasco, który przybył do Japonii jeszcze za czasów tolerancji religijnej. Drogi obu bohaterów krzyżują się, gdy pan feudalny, któremu służy rodzina samuraja, postanawia nawiązać stosunki handlowe z Nową Hiszpanią (czyli dzisiejszym Meksykiem). Z niewiadomych powodów posłami zostaje czworo zwyczajnych, niskich stanem samurajów, między innymi główny bohater. Velasco dołącza do wyprawy jako tłumacz języka hiszpańskiego, choć kryje w sercu własne, nieco egoistyczne cele...

Sądząc po tytule, to samuraj, Hasekura Rokuemon, powinien pełnić w powieści najważniejszą rolę. Dla mnie jednak pierwszoplanowym bohaterem jest bez wątpienia ojciec Velasco. Zagmatwana, trudna do ocenienia postać. Dzięki temu, że narracja prowadzona jest z kilku perspektyw: Rokuemona, Velasco (obie w 3ciej osobie) oraz pierwszoosobowo, jako pamiętnik Velasco, czytelnik z łatwością może dostrzec rozdźwięk między tym, co sam zakonnik myśli o sobie, a tym, jak odbierają go inni. Padre Velasco uważa, że wszystko, co robi, robi na chwałę Bożą. Momentami sam waha się, czy przypadkiem nie kieruje nim chorobliwa ambicja, zupełnie nieprzystająca skromnemu, pokornemu zakonnikowi, ale zaraz usprawiedliwia swoje zachowanie. To wszystko po to, żeby nawrócić Japończyków. Jezuici źle się do tego zabrali - on ma lepszy pomysł i umie zorganizować wszystko tak, żeby chrześcijaństwo mogło w Japonii rozkwitnąć. Z kolei we fragmentach pisanych z perspektywy Rokuemona rzuca się w oczy przede wszystkim pycha Velasco, przekonanie o własnej nieomylności i pogardliwy stosunek wobec Japończyków.

Mistrzostwo w kreacji tej postaci wynika z tego, że nie da się jednoznacznie ocenić, który obraz ojca Velasco jest prawdziwy. Mam wrażenie, że oba. Zdaje mi się, że Velasco istotnie miał sporo wad: był pyszny, pozbawiony jakiejkolwiek pokory i czuł potrzebę zostania kimś, zrobienia czegoś niezwykłego i trudnego. Jednocześnie wierzę, że walczył ze swoimi słabościami i generalnie miał dobre intencje. Jestem w stanie uwierzyć, że nawet jego powtarzane z uporem maniaka "Gdybym był biskupem Japonii..." nie było wyrazem chorej ambicji, a jedynie wyrażało chęć schrystianizowania kolejnego, opierającego się kraju. Polubiłam ojca Velasco. Mimo jego oczywistych wad.

Obaj bohaterowie - i Rokuemon, i Velasco - zmieniają się podczas podróży. Velasco traci pychę, a z jego twarzy znika charakterystyczny uśmieszek. Potulny, stanowiący wzór samurajskich cnót Rokuemon z czasem zaczyna samodzielnie myśleć, a nawet buntować się przeciwko skostniałemu, japońskiemu porządkowi:
I znów Samuraj czuł, że wyzywał swoje przeznaczenie, udając się w dalszą drogę. Gdy znał tylko Dolinę, nigdy nie myślał, że mógłby żyć gdzie indziej inaczej, teraz zrozumiał, że jednak się zmienił. Jego mała Dolina, stryj, skargi stryja wypowiadane przy ognisku, instrukcje Rady Seniorów... Po raz pierwszy od wyjazdu z Meksyku Samuraj czuł głęboką potrzebę zbuntowania się przeciw przydzielonemu przeznaczeniu jako rzeczom i sprawom niewzruszonym.

Religijność po japońsku

Ale Samuraj to nie tylko powieść historyczna, ale też - a może nawet przede wszystkim - krytyczne spojrzenie na japoński sposób bycia i religijność. Momentami do tego stopnia krytyczne, że aż ciężko uwierzyć, że te słowa napisał Japończyk. I wprawdzie wypowiadają je zawsze obcy, biali ludzie, ale jednak ktoś im te słowa włożył w usta. Nawet gdyby autor wcale się z tymi poglądami nie zgadzał (a nie wydaje mi się, sądząc z ogólnego wydźwięku powieści), to sam fakt, że przyszły mu do głowy tak krytyczne wobec Japończyków myśli, byłby zdumiewający. Już na samym początku powieści, tuż po wyruszeniu w rejs, kapitan statku tłumaczy, dlaczego nie chce mieć do czynienia z Japończykami:
 - Kiedy mnie więziono w Japonii, nie mogłem znieść ich arogancji i okrucieństwa - powiedział kapitan przy obiedzie dwa dni temu. - Nigdy nie spotkałem ludzi mniej szczerych niż ten naród, a myślałem, że nie ma ludzi, którzy za cnotę uważają szczelne zamykanie własnego serca.
Pierwsze pokiwanie głową ze zrozumieniem. Trochę krzywy uśmieszek. Oj, tak, z Japończykami trzeba uważać. Nigdy nie można być pewnym, co tak naprawdę myślą. To są prawdziwi mistrzowie kamuflażu...
(...) Matsuki znów przybrał kpiącą minę. - Poprzez życie tych japońskich kupców Bóg jednak nie potrafi wykazać swego istnienia.
 - Dlaczego?
 - Dlatego, że jest im obojętne, czy Bóg istnieje, czy nie. Co więcej, nie tylko oni są tacy. Taka jest chyba większość Japończyków.
 - A co pan myśli, panie Matsuki? - przycisnąłem go do muru. - Czy pragnie pan żyć tak połowicznie, byle jak? Bo ja wciąż myślę, że życie jest potężną namiętnością, jeśli ma być w ogóle coś warte. (...) Człowiek nie żyje dwa razy. Ani tylko zimno, ani tylko gorąco, czy letnio, połowicznie... Tego pan pragnie, panie Matsuki?
Matsuki po raz pierwszy zawahał się pod naciskiem mojego ostrego głosu i spojrzenia. Zamilkł, jakby się zawstydził swej zmieszanej twarzy.
 - Co na to można poradzić? Ja wychowałem się w Japonii, a w tym kraju nie lubi się ujawniania namiętności. W moich oczach osoba taka jak pan, Velasco, wygląda po prostu na dziwaka.
Zamykanie własnego serca i spokojne traktowanie losu: ani zimno, ani gorąco, bez większej ekscytacji i woli walki; poddanie się regułom społeczeństwa, w którym żyją - to jeden z powodów, dla których, według autora, Japończycy się do chrześcijaństwa nie nadają. Ale jest też drugi, dużo bardziej krytyczny. Endo oskarża Japończyków o interesowność, kierowanie się tylko doczesnym zyskiem i zupełną nieumiejętność wykroczenia poza  sprawy materialne:
 - Panie tłumaczu, japoński kupiec przyjmie wszystko, co będzie mu użyteczne. A chyba również nic nie straci, jeśli w czasie podróży pozna nawet chrześcijaństwo.
Rozśmieszyła mnie ta szczera odpowiedź. I jakże bardzo japońska (...).
"Nic nie straci, jeśli pozna nawet chrześcijaństwo." Myślę, że odpowiedź mężczyzny o żółtych zębach dobrze oddaje stosunek Japończyków do religii. W ciągu długiego pobytu w Japonii sam mogłem się przekonać, że Japończycy w religii poszukują korzyści doczesnych. Można nawet powiedzieć tak: według nich serce wierzy, żeby mieć korzyści. Modlą się do bogów rodzimych i do Buddy, aby uchronić się od chorób i klęsk. (...) Kiedy ich widzę, nie mogę oprzeć się myśli, iż w tym kraju nie narodzi się prawdziwa religia taka jak chrześcijaństwo, która wskazuje drogę do wieczności czy drogę do zbawienia duszy. Istnieje bowiem nazbyt duża rozpiętość między ich wierzeniem a tym, co chrześcijanin nazywa wiarą w Boga.
Podczas pobytu całej delegacji w Hiszpanii ma miejsce dyskusja pomiędzy ojcem Velasco o jezuitą, ojcem Valente. I to ta rozmowa podsumowuje doskonale to, co jest rozsiane tu i ówdzie w całej powieści. Przemowa ojca Valente zawiera w sobie wszystkie wątpliwości Endo, wszystkie różnice między religijnością zachodnią a japońską i stanowiła dla mnie klucz do zrozumienia, dlaczego nie potrafię dogadać się z Japończykami, gdy tylko rozmowa schodzi na tematy religijne. Oni biorą ślub w shintoistycznym chramie, ceremonię pogrzebową odprawiają w buddyjskiej świątyni i nie rozumieją, dlaczego dziwi mnie to, że świętują (byle jak bo byle jak, ale zawsze) Boże Narodzenie. Przecież wszystko można połączyć. Ja natomiast nie rozumiem, jak można wierzyć w kilka religii - wykluczających się! - jednocześnie. Może jeszcze zrozumiałabym buddyzm i shintoizm (bo może się na tym po prostu nie znam...), ale już dorzucanie do tego chrześcijaństwa i uważanie, że wszystko jest ok, jest dla mnie nie do ogarnięcia. Nie mogę pozbyć się wrażenia, że tak naprawdę Japończycy nie wierzą absolutnie w nic i wszystkie te ceremonie to tylko symbole, nad którymi głębiej się nie zastanawiają...
 - W istocie rzeczy Japończycy nie są wrażliwi na absolut wykraczający poza sferę ludzką, na byt pozaprzyrodniczy, na coś, co my nazywamy bytem nadprzyrodzonym... Zrozumiałem to w końcu, w ciągu trzydziestoletniej pracy misyjnej. Bardzo łatwo było ich nauczać o tym, że życie jest przemijające. A to dlatego, że od dawna żyli z tym przeświadczeniem. Przerażający jest jednak fakt, że Japończycy mają również zdolność akceptowania z radością nietrwałości życia. Ta zdolność jest u nich powszechna. Potrafią więc poprzestawać, a nawet rozkoszować się świadomością przemijania i tworzyć bogatą poezję w tym duchu. Nie usiłują wyjść poza tę świadomość. Nie pragną wyrwać się z tego stanu i poszukiwać spraw absolutnych. Nie lubią widzieć jasnej granicy między Bogiem a ludźmi. Dla nich, nawet jeśli się zgodzą z myślą, że jest coś wyższego od ludzi, i tak będzie to coś, czym człowiek może w końcu zostać. Na przykład Budda to istota, którą może zostać każdy człowiek, jeśli przestanie błądzić. Nawet przyroda, dla nas odrębna od człowieka, dla nich jest jednością obejmującą człowieka. My... My ponieśliśmy klęskę, ponieważ nie udało nam się wyleczyć ich z tego stanu uczuć.(...)
Ich wrażliwość zawsze pozostaje w wymiarze świata przyrody, nigdy nie wykracza poza tę strefę. W tym wymiarze są zdumiewająco subtelni i delikatni. Lecz nie są w stanie pojąć niczego w wymiarze innym, wykraczającym poza świat przyrody. Dlatego też Japończycy nie potrafią pojąć naszego Boga, należącego do innego wymiaru niż ludzie.
 - Wobec tego... - jeden z biskupów potrząsnął głową nie mogąc zgodzić się z tym rozumowaniem. - Wobec tego, w co wierzyli japońscy chrześcijanie, których było czterysta tysięcy?
 - Nie wiem - odpowiedział cicho patrząc w dół ojciec Valente.
Wydaje mi się, że te słowa są trochę zbyt krytyczne. W buddyzmie występują różne wymiary etc. - nie wiem, nie znam się i nie lubię - więc to nie tak, że religia Japończyków opiera się tylko na naturze. Ale rzeczywiście, "wejść w stan Buddy" może każdy. I prawdą jest też zamiłowanie Japończyków do rozkoszowania się ulotnością świata i przemijaniem - dla samej estetycznej przyjemności smucenia się. Ciekawa jestem, na ile poglądy ojca Velasco są zgodne z poglądami samego Shusaku Endo. Nie mogę wyjść ze zdumienia, że takie słowa wyszły spod pióra Japończyka.

Chrześcijaństwo według Endo

Rola chrześcijaństwa w Samuraju ogranicza się zazwyczaj do zwykłego elementu fabuły. Nieufność białych wobec pogańskich Japończyków, dylematy posłów co do ewentualnego przyjęcia chrztu, konflikt między lojalnością wobec pana (czyli wypełnieniem misji za wszelką cenę) a lojalnością wobec przodków (czyli nie bawieniem się w żadne dziwne, obce religie, których przodkowie nie wyznawali) - głównie w takiej roli występuje chrześcijaństwo we fragmentach pisanych z perspektywy Rokuemona. Japończykom nawet nie przejdzie przez myśl, że mogliby w tę religię naprawdę uwierzyć. Nie zastanawiają się więc nad nią i nie snują na jej temat żadnych głębszych przemyśleń. Co jest zresztą zupełnie zrozumiałe.

Dużo bardziej zaskakujące jest to, że Shusaku Endo udało się mimo to przemycić do powieści kilka własnych, nieraz krytycznych obserwacji na temat chrześcijaństwa. A raczej nie samej religii jako takiej, tylko wyznających ją ludzi i sposobu, w jaki to robią. Endo prezentuje w Samuraju coś, co bardzo mi się podoba - chrześcijaństwo z ludzką twarzą, proste i bliskie ludziom, pozbawione niepotrzebnego zadęcia - odrzuca za to fałsz, pychę i parę innych, zupełnie niewłaściwych rzeczy, którymi zupełnie bez sensu kierują się ówcześni chrześcijanie. Chyba zresztą nie tylko ówcześni: było tak i za czasów Rokuemona, i Endo, i naszych, współczesnych. Widać to zwłaszcza w kreacji ojca Velasco, który momentami zapomina o byciu człowiekiem i daje się ponieść lekkiemu fanatyzmowi. Absolutnie zaszokowało mnie wyznanie Velasco dotyczące brutalnej kolonizacji Meksyku:
Zdobywca Nowej Hiszpanii, Cortes, wylądował tu w roku 1519 i z garstką żołnierzy pojmał i pozabijał mnóstwo Indian. Nikt nie uważa, że czyn ten w świetle nauki Bożej jest słuszny. Lecz nie zapominajmy również o tym, że w rezultacie tej ofiary wielu Indian dzisiaj usłyszało Słowo Boże, zostało wybawionych z barbarzyńskich obyczajów i zaczęło kroczyć ścieżką prawdy. Nikt nie może lekko osądzać, czy byłoby lepiej pozostawić Indian w ich szatańskim bytowaniu, czy też przymknąć oczy na do pewnego stopnia złe uczynki i przekazać im Słowo Pańskie.
Do pewnego stopnia. Uhm. Jasne.

Przeciwwagą dla ojca Velasco jest spotkany w Meksyku słabowity, chory Japończyk, były zakonnik, który mieszka wśród ubogich Indian. Bohaterowie spotykają go dwukrotnie: podczas wyprawy do Hiszpanii oraz w drodze powrotnej. Za pierwszym razem ani nie rozumieją za bardzo, o czym i dlaczego ten mężczyzna opowiada, ani ich to za bardzo nie ciekawi. Mężczyzna jednak nawet nie zauważa, że jego przemyślenia nie są dla Japończyków zrozumiałe i że dziwi ich jego zaangażowanie. Prawie na samym wstępie wprost wytyka błędy zakonników-kolonizatorów:
 - Nim padres przybyli do Nowej Hiszpanii, w tym kraju zdarzyło się coś bardzo okrutnego. Mianowicie południowi barbarzyńcy zabrali Indianom ziemię, wygonili ich z rodzinnych wiosek i pomordowali okrutnie, a tych, którzy przeżyli, sprzedali w niewolę (...).
 - Wojna zawsze jest taka - szepnął Samuraj. - Tak się dzieje w każdym kraju po przegranej wojnie.
 - Ja nie mówię o wojnach - odparł z grymasem na twarzy mężczyzna. - Mówię o tym, że padres, którzy później przybyli do tego kraju, zapomnieli o cierpieniach Indian... Nie, nie chodzi o to, że zapomnieli. Oni udają, że się tu nic nie stało. I z twarzami niewiniątek, z całą powagą w głosie pouczają nas o litościwym i miłosiernym Bogu. To mnie oburzyło. Z ust księży w tym kraju zawsze płyną tylko piękne słowa. Ręce wielebnych padres zawsze są czyste, nigdy nie bywają skalane brudem.
 - Dlatego odrzuciłeś chrześcijaństwo?
 - Nie, nie (...). Nie obchodzi mnie, co sądzą księża, ja wierzę w swojego Jezusa. Mój Jezus nie mieszka w pałacach zwanych katedrami. On żyje między tymi biednymi Indianami... Ja w to wierzę.
Ale najcięższą artylerię wytacza  podczas drugiego spotkania. Japońscy posłowie są już wówczas bogatsi o widoki Madrytu i Rzymu, zaczynają mieć o chrześcijaństwie jako takie pojęcie i cały ten temat nie jest już odległy o lata świetlne od ich życia, przejawiają więc pewne zainteresowanie słowami Japończyka-Indianina. Mężczyzna zaczyna od próby wytłumaczenia posłom przyczyny swojej wiary, a kończy na pełnej pasji krytyce tego, co i dziś wzbudza wśród ludzi pewne emocje i wątpliwości. Czyli powiązań między Kościołem a pieniędzmi.
 - On rozumie serca ludzi żyjących w nędzy, ponieważ sam doświadczył nędzy i nieszczęścia. Zna rozpacz umierającego żałosną śmiercią, bo sam też umarł podobnie. Nie był silny. Nie był też piękny.
 - Lecz spójrz na kościoły. Spójrz na Rzym - odparł Nishi. - Wszystkie kościoły, które widzieliśmy, są podobne do złotych pałaców, nawet mieszkańcy Meksyku nie potrafią  wyobrazić sobie przepychu pałacu, w którym mieszka papież.
 - Czy sądzicie, że On pragnął tego dla siebie? - Były zakonnik potrząsnął głową rozgniewany. - Czy sądzicie, że znajdziecie Go w tych oślepiających bogactwach katedr? Wcale nie. On nie mieszka w takich budowlach. On mieszka w tych nędznych chatach, gdzie żyją Indianie, jestem o tym przekonany.
 - Dlaczego?
 - Całe Jego życie o tym świadczy.
Powiedział to z najgłębszym przekonaniem, następnie spuścił wzrok w dół i powtórzył, jakby mówił sam do siebie:
 - Takie było całe Jego życie. On nigdy nie odwiedził domu, w którym ludzie żyli w przepychu i przesycie. Odwiedzał tylko brzydkich, godnych politowania, ludzi nieszczęśliwych. Teraz biskupi i kapłani w tym kraju są bogaci, przesyceni. Nie są tymi, o których troszczył się nasz Pan.
Podoba mi się chrześcijaństwo w wydaniu Shusaku Endo. Jest wyjątkowo bliskie mojemu własnemu. Może dlatego tak dobrze mi się to czytało...
...i równie dobrze pisało. Gratuluję i dziękuję każdemu, któremu udało się dotrzeć do końca tej notki ^^.
Related Posts with Thumbnails