piątek, 11 listopada 2011

Spotkanie ze Wschodem - Białoruś

Od jakiegoś czasu wisiał na UAMowskiej tablicy ogłoszeń plakat, reklamujący cykl "Spotkań ze Wschodem". Z chyba sześciu krajów, które miały być omawiane na kolejnych wykładach, moją uwagę przyciągnęły dwa: Białoruś i Ukraina. W poniedziałek, mimo zmęczenia, braku obiadu, nietkniętego tłumaczenia Bardzo Długiego Tekstu i ogólnego niechcieja, który jeszcze rok temu z pewnością przekonałby mnie do zaszycia się w domu, ruszyłam na Stary Rynek. Klubokawiarnia "Meskalina" dobrze się kryła, ale ostatecznie udało mi się ją znaleźć i zająć jeden z wielu wolnych stolików. Im bliżej było godziny zero, tym mniej stolików było pustych, a ostatecznie sala została wypełniona po brzegi - tak, że aż spóźniony I. nie był w stanie dopchać się do miejsca, w którym siedziałam. Ponoć był to pierwszy z tych wykładów, na którym pojawił się taki tłum. Ale też nic dziwnego - zdaje mi się, że przeciętny Polak jest jednak zdecydowanie bardziej zainteresowany Białorusią niż Azerbejdżanem...

Klubokawiarniany tłum
Można by pomyśleć, że nagle zapałałam do Białorusi jakąś wielką, nieokiełznaną miłością, która każe mi brać udział we wszystkim, co białoruskie. Nic z tych rzeczy. To tylko zwykły bieg okoliczności. Prawdę powiedziawszy, do tej pory byłam w sprawie Białorusi straszną ignorantką i kojarzyła mi się jedynie z białą plamą na mapie - miejscem, przy którym zawsze widnieje podpis "brak danych". "Miasto ryb" i spotkanie z autorką uświadomiło mi, że to realne miejsce, w którym żyją prawdziwi ludzie, ale moja wiedza na jego temat nadal pozostawała mizerna. I nadal taka jest - jedynie odrobinkę, odrobinkę większa niż wcześniej...

Spotkanie rozpoczęło się akcentem youtube'owym - prezentacją p.t. "Let's be Belarusians". Mimo mocno rozrywkowej formy zaskoczyła mnie, bo już tam pojawiło się x faktów, o których wcześniej nie miałam pojęcia:


Po prezentacji nastąpił krótki wykład z historii literatury białoruskiej. Z racji ograniczonego czasu był dość wyrywkowy; dla mnie oznaczało to tyle, co "chaotyczny" i "trochę nudny". Średnio lubię słuchać opowieści o książkach, których nie znam, a nazwiska ich autorów nie mówią mi absolutnie nic... W końcu jednak książkowe opowieści dobiegły końca, a po krótkim występie Białorusinki, która studiuje na poznańskiej Akademii Muzycznej, przyszedł czas na pytania. I tu dopiero się zaczęło! 


Nie jestem w stanie napisać tu o wszystkim, czego dowiedziałam się w trakcie tej "rozmowy". Dużej części zresztą z pewnością nie zapamiętałam. Podzielę się więc tylko tymi nielicznymi informacjami, które dla mnie były czymś zupełnie nowym, choć pewnie powinnam zdawać sobie z nich sprawę...

Najbardziej szokująca była dla mnie kwestia Wielkiego Księstwa Litewskiego, które ma ponoć bardzo, bardzo mało wspólnego ze współczesną Litwą. Dość powiedzieć, że językiem urzędowym Księstwa był... białoruski. Coś się poprzesuwało w nazewnictwie i wyszło jak wyszło, ale de facto Litwini, z którymi swego czasu Polacy zawarli unię, byli przodkami dzisiejszych Białorusinów, nie Litwinów. Kwestia ta była jeszcze raz poruszana w momencie, w którym wychodziliśmy ze spotkania. Niestety, widok I, który prawie się przewracał ze zmęczenia, zmusił mnie do wcześniejszego odwrotu, nie dosłyszałam więc do końca wszystkiego, co mówił prowadzący spotkanie Białorusin...
Ta informacja pozwoliła mi zrozumieć coś, co zastanawiało mnie od czasu spotkania z panią Babiną: dlaczego niby Białorusini roszczą sobie prawa do Mickiewicza? Rozumiem, że Litwini się poczuwają, pisał w końcu "Litwo, ojczyzno moja..." - ale co ma Białoruś do tego? Teraz rozumiem. I rzeczywiście, mają podstawy, żeby twierdzić, że Mickiewicz był Białorusinem.

Inną ważną sprawą było podejście władz do języka białoruskiego. To, że Łukaszenka własnego języka nie lubi, wiedziałam już od jakiegoś czasu, chociaż dlaczego go nie lubi - nie miałam pojęcia. Jeśli wierzyć prowadzącemu (nazwiska nie pamiętam, niestety...), spora część Białorusinów - z prezydentem na czele - uważa, że białoruski jest językiem prymitywnym, mało rozwiniętym, który nadaje się tylko do rozmawiania. Do literatury albo rozpraw naukowych - już nie. Więc lepiej używać rosyjskiego. Smutne to i niezrozumiałe dla mnie, jak można nie chcieć uczyć się własnego języka. Ale może to odzywa się moje językowe zboczenie...

Ku mojemu wielkiemu zdumieniu (wiem, powinnam była to wiedzieć i to zdumienie świadczy tylko o mojej wcześniejszej ignorancji...) dowiedziałam się też, że Łukaszenka nie jest, jak sądziłam, komunistycznym reliktem, a raczej białoruskim Andrzejem Lepperem. Białoruś uzyskała niepodległość w 1991 roku i zachowała się mniej więcej tak, jak zawsze w takich sytuacjach zachowuje się Polska. Czyli: hurra i do przodu! Zabrakło jakoś na to wszystko pomysłu, lud się rozczarował i po 4 latach wybory wygrał (pierwszy i ostatni raz naprawdę) rolnik, Aleksander Łukaszenka. Przeciwnicy - a miał ich sporo - westchnęli ciężko, uznali filozoficznie, że nie ma rady, demokracja to demokracja i czekali na koniec kadencji. Uznali to za pomyłkę i sytuację tymczasową. Ciężką, bo ciężką, ale jedynie kilkuletnią. A tu zonk, bo "miły, wesoły pan Łukaszenka" władzy nie oddał. Do dziś.

Dowiedziałam się też rzeczy szczególnie interesującej dla mnie, japonistki. Otóż ostatnimi czasy ok. 500.000 Białorusinów wyemigrowało z kraju z powodu różnych represji. Aby zniwelować niedobór pracowników, Łukaszenka zaprasza na Białoruś... Chińczyków. W milionach. Inna sprawa, że sami Chińczycy niespecjalnie rwą się do przyjazdu i zazwyczaj ograniczają się do studiów w Mińsku. Zawsze to Europa... W efekcie w stolicy powstaje Chinatown, a strona stołecznego uniwersytetu nie posiada białoruskiej wersji językowej, za to chińską - tak.

Ale odkryłam też fakt przykry, o którym jakoś nie słyszałam na lekcjach historii. 1926 rok. Dla nas - przewrót majowy. Dla nich - rozbiór Białorusi. I to, niestety, radziecko-polski. Ba, w opinii wielu Białorusinów najazd ZSRR na Białoruś i Polskę w 1939 był czymś pozytywnym, bo kraj został znów zjednoczony! Wprawdzie pod obcym dowództwem, ale zawsze! Powoli, powoli niektórzy zaczynają myśleć, że może jednak wcale takie fajne to to nie było - ale sam fakt, że większość jest z tego zadowolona, był dla mnie szokiem. Przykre są takie odkrycia.


Na początku grudnia wybieram się na wykład o Ukrainie, który - mam nadzieję - okaże się równie pouczający. Póki co czytam "Słodką Darusię", zdobywczynię nagrody im. Tarasa Szewczenki sprzed kilku lat i zastanawiam się, czy nie zaopatrzyć się w coś w rodzaju "Historii Białorusi"... Zaczynam być poważnie zainteresowana tym krajem, z którym przecież sąsiadujemy, a mimo to wiem o nim tak niewiele.

sobota, 5 listopada 2011

Susan Vreeland, "Kochanka lasu"



Nnno, to teraz nawyzłośliwiam się za wszystkie czasy :P.

Oczywiście, sama jestem sobie winna. Nie ocenia się książki po okładce. Najwyraźniej nawet opis z okładki i fascynująca tematyka nie wystarcza. Książki ocenia się tylko na podstawie ocen z Biblionetki. Nie mogę nawet powiedzieć, że głupio o tym zapomniałam - bo weszłam, sprawdziłam i zupełnie to zignorowałam. Średnia książki wynosiła nędzne 3,5... Ale gdzie tam, to niemożliwe, żeby TAKA książka była słaba! To na pewno Ci, którzy ją ocenili, po prostu się nie znają. Nie docenili jej. Ja docenię.
Tak. I mam za swoje.

Ale po kolei...

Książka pani Vreeland opisuje życie kanadyjskiej malarki, Emily Carr, obecnie podobno jednej z najbardziej znanych (pośmiertnie, oczywiście) malarek tamtego rejonu. Panna Carr żyła na przełomie XIX i XX wieku - i to żyła zupełnie nie tak, jak powinna w odczuciu wszystkich dookoła. Przede wszystkim od dziecka malowała. To akurat na początku zdawało się być całkiem niegroźne - ot, dziewczynka, która namaluje sobie farbkami jamnika czy innego stwora - ale urosło do rangi wielkiego problemu, gdy do rodziny dotarło, że Emily nie jest już dzieckiem, a nadal nie rozstaje się z farbami. Ogarnięta pragnieniem zostania malarką odrzuciła propozycję małżeństwa, czego nijak nie potrafiły pojąć jej starsze, niezamężne siostry, modlące się o taką okazję. Buntowała się przeciwko Kościołowi. Po pobycie we Francji została fowistką (co nie byłoby niczym dziwnym, gdyby w tej Francji została, ale dla mieszkańców Vancouver było niesamowitym dziwactwem). A co najgorsze: przejawiała chorobliwe zainteresowanie sztuką i kulturą rdzennych mieszkańców Ameryki - czyli, dla sióstr Emily, po prostu dzikusów. Przyjaźniła się z Indianami, wędrowała ich śladami, uwieczniała w pracach ich totemy. Chciała zrozumieć indiańskiego ducha i bała się, że kiedy już to nastąpi, zostanie jej za mało życia na namalowanie wszystkiego, co pragnęła. A przynajmniej taki obraz Emily Carr wyłania się z kart powieści.
Brzmi ciekawie, prawda? Mnie przynajmniej zaintrygowało. Teraz jednak nurtuje mnie tylko jedno pytanie:

Jak można zepsuć taki temat???

Wydaje się to prawie niewykonalne. Ale pani Vreeland się to udało.

Tajemnica "sukcesu" jest w zasadzie bardzo prosta. Wystarczy używać ubogiego języka, wyprać powieść z emocji, zrezygnować z tematu przewodniego, logicznych połączeń między rozdziałami - i już, gotowe. Przez cały czas lektury miałam wrażenie, że autorka ma tylko jeden cel - jak najszybciej dotrzeć do końca. Wszystkie te opisy, przeżycia Emily... Wszystko to, co działo się "po drodze"... Zostało ledwo naszkicowane, pozbawione większego znaczenia. Wiąże się z tym brak jakiejkolwiek malarskości (błąd niewybaczalny w przypadku książki o MALARCE) i głębi psychologicznej (błąd dużego kalibru w praktycznie każdym przypadku, a w biografii już zupełnie dyskwalifikujący). Właściwie jedyną postacią o nieco głębszym rysie psychologicznym jest Indianka, Sophie - o której jednak też nie wiemy za dużo, bo Emily odwiedza ją raz na kilka rozdziałów. Sama główna bohaterka jest natomiast okrutnie irytująca w swojej jednowymiarowości. Jestem artystką. Jestem inna. Jesteście zaściankowi. Paniusie w rękawiczkach. Indianie nie mają wad, wy jesteście ich pełni. Och, jaka jestem niezwykła - potrafię spojrzeć na las inaczej niż wy! Oczywiście, Emily naprawdę różniła się od reszty rodziny i sąsiadów, ale sposób, w jaki jej odmienność przedstawia autorka biografii, nawet mnie - od dziecka zafascynowaną Indianami - doprowadzał do szału.
Autorka biegnie do końca (a czytelnik wraz z nią, błagając, by ta książka wreszcie się skończyła...), gubiąc po drodze malarskość i psychologię, a co się z tym wiąże - napięcie. Bo jak tu przedstawić emocje osoby, której psychika jest prosta jak budowa cepa? W każdej sytuacji wiadomo kto jak postąpi. Emily zadrwi, Lizzie zakryje usta z oburzeniem, Alice zmieni temat, Claude powie coś po francusku i będzie usiłował zaciągnąć bohaterkę do łóżka. Co zresztą stanowi najbardziej interesujący punkt powieści. Pamiętacie taką reklamę w telewizji...? "Dzieci, wychodźcie z wody, rekiny płyną...! - Mamo, jeszcze trochę! - Ok...". Hasłem przewodnim reklamy było "gdzie są emocje?". Pasuje do tej książki jak ulał.
A żeby nie być gołosłownym (gołosłowną?) - cytat ze sceny, która mogłaby być jedną z najciekawszych w powieści. Gdyby tylko autorka obdarzyła postaci emocjami.
- Zauważyłaś, że w życiu liczy się nie tylko sztuka? - Głos Alice drżał. Na jej twarzy widać było wypieki.
- Co się stało?
- Nie zauważyłaś, że jestem tu, choć to nie sobota?
Emily odłożyła młotek.
- O co chodzi?
- Przyszedł telegram.
- Tylko nie kolejny telegram od Dede z żądaniem natychmiastowego powrotu do domu. - Emily wbiła gwoździk jednym uderzeniem.
- Nie! - zakrzyknęła Alice. - Od Lizzie. Dede nie żyje.
- Umarła? - To niemożliwe. Emily poczuła ucisk w gardle. Obydwoma ramionami objęła siostrę, drobną przy jej piersi, i próbowała uspokoić jej spazmy. Łzy Alice zmoczyły policzki ich obu. - Jak?
Alice opadła na łóżko i wręczyła jej telegram. Zapalenie opon mózgowych. Osiem dni i odeszła.
Trzeba oddać autorce minimalną sprawiedliwość. Emily nienawidziła swojej starszej siostry, zresztą z wzajemnością. Ale to też daje przecież takie pole do popisu! Co prawda nigdy nie przeżyłam śmierci mojej znienawidzonej starszej siostry, ale domyślam się, że w sercu prawdziwej Emily musiały ścierać się ze sobą najróżniejsze uczucia. Smutek, szok, lojalność wobec członka rodziny - a z drugiej strony ta paląca nienawiść i wolność, którą zyskała dzięki śmierci Dede. U Vreeland zamiast tego dostajemy bezpłciowe rozważania Emily o ulotności życia i stwierdzenie, że i tak była starsza niż ich matka w chwili śmierci. Naprawdę, nawet ja skonstruowałabym tę scenę lepiej.

Do tego dochodzi nudny, mało urozmaicony język. Autorka (albo tłumaczka?) uwielbia krótkie zdania, które być może miały nadawać powieści dynamiki, ale po dłuższym czasie zaczynają brzmieć po prostu nieudolnie. Zdarzają się nawet ewidentne błędy składniowe - o co akurat trudno winić autorkę. Mimo to nie wierzę, że mizerna kondycja tej powieści to wina wyłącznie tłumaczki. Żaden tłumacz nie przetłumaczyłby całego akapitu z dwuwyrazowych zdaniach. A przynajmniej taką mam nadzieję.
Znów parę cytatów, które rzuciły mi się w oczy do tego stopnia, że aż je pozakreślałam...

Na początku nie jest tak źle:
- Lekarstwo. Pochodzi z grzyba na bardzo starym świerku. Świerk to silne lekarstwo. - Roztarła maź na drugim policzku. - Używam go, żeby być bliżej ziemi w okresie krwawienia. Żebym była silna. Żebym miała dzieci. Więcej dzieci.
Emily spojrzała na lśniącą substancję w torebce. Billy zbliżył do niej pysk, więc odepchnęła go. Kichnął. Wciągnęła piżmowy zapach.
Też powinna być silna. Żeby jechać do Paryża. Rodzić obrazy. Więcej obrazów.
 Potem, niestety, coraz gorzej:
Powoli w ciemności zaczęło szarzeć. Na krześle siedział ledwo widoczny mężczyzna. Emily krzyknęła. Billy zaszczekał. Deszcz pochłonął oba dźwięki. Chwyciła psa za kark. Niewyraźny zarys kapelusza dotykał dachu.
Jessica spojrzała na wazon w kształcie totemu z Krukiem, a potem uniosła okrągły garnek z łososiowym wzorem Sophie na brzuchu. Wyślizgnął jej się z rąk i rozbił na podłodze. Odłamki i kamyki potoczyły się po pokoju. Jessica jęknęła. Tantrum zaszczekał. Joseph zaskrzeczał. Andre przybiegł po schodach, Billy tylko mruknął.
A na koniec - mój nr 1:
Dyrektor rzucił jej puste spojrzenie, najwyraźniej nie chcąc, by odpowiedzieć choćby jedną sylabą.
Nie mogłam zdecydować się, jaką ocenę wystawić tej powieści. Myślałam o trójce. W miarę czytania (i nudzenia się...) coraz bardziej przychylałam się do 2,5 - z czystej złości na autorkę, że zmarnowała taki potencjał. Szlag mnie trafia, kiedy pomyślę sobie, co zrobiłby z tą samą historią Irving Stone. Pod koniec trochę złagodniałam, bo ostatni duży rozdział czytało mi się niespodziewanie dobrze. Autorka zniszczyła to własnoręcznie - posłowiem, w którym wyznała, że pracowała nad tą książką 17 lat. Nie. Nie, nie, nie - to nie jest godny owoc siedemnastu lat pracy. 2,5. I koniec kwestii.

wtorek, 1 listopada 2011

Georges Bizet, "Carmen"

W operze płyną łzy; każda kobieta wyobraża sobie, że jest piękna i uwodzicielska jak Carmen, każdy mężczyzna przypomina sobie godziny własnego zachwytu, tak podobne do oczarowania, jakiemu uległ nieborak Jose, i przywołuje w pamięci chwile triumfu, w których jak Escamillo czuł, że był naprawdę kochany.   

Aha, zaraz rzuci kwiatka!
Można by rzec - klasyka opery. Miłość, Hiszpania, Cyganie, piękne arie... Carmen znają prawie wszyscy. Ja, nawrócona na operę po latach teatru, poznałam ją dopiero trzy dni temu. Poszłam do Opery Novej spodziewając się niezwykłego, wzruszającego wieczoru. I, jak to nieraz bywa z klasykami i takimi tam... Kiedy się człowiek nasłucha jakie to coś jest piękne i wspaniałe, to tworzy sobie wizję, do której rzeczywistość nie dorasta. Niestety.

Nie wiem, z czego wynika moje lekkie rozczarowanie Carmen. Może to wina tego, że to klasyka i z definicji powinna być wspaniała, lepsza od wszystkich innych. Może tego, że I. był na niej już trzy razy i naopowiadał mi, że to najpiękniejsza opera, jaką kiedykolwiek widział, więc oczekiwania miałam spore. A może po prostu tego, że zdarzyło mi się przeczytać wyrywkowo książkę Propera Merimee, więc opera nijak nie potrafiła wzbudzić we mnie ciekawości z gatunku "co będzie dalej?". Patrzyłam na scenę jak na ekranizację znanej książki. Aha, fabryka cygar. Rzuci kwiatka. Hmm, dalej nie czytałam, ale jakoś się znalazł w tej kryjówce. O, jest. To teraz będzie to... Co najgorsze, znałam również zakończenie. Suspensu brak.


A może po prostu przyzwyczaiłam się już do tego, że w naszej operze jest zawsze pięknie, kolorowo i baśniowo? Dekoracje są przepiękne, stroje tak samo. Na wokalu się nie znam - słyszę tylko, jeśli ktoś fałszuje - ale jedynym śpiewakiem, do którego miałam zastrzeżenia, był Escamillo (Krzysztof Cagan). Chociaż I. tylko dziwnie na mnie spojrzał, kiedy to powiedziałam. Może dlatego, że chwilę wcześniej zachwycał się, jak Escamillo pięknie śpiewa...

Niby wszystko grało. Stroje, dekoracje, śpiew... Gra aktorska również stała na wysokim poziomie, szczególnie w przypadku Carmen (Monika Ledzion) - zero sztuczności, jakby naprawdę taka była. Przepiękny balet (uwielbiam zwłaszcza Olgę Marczak). Do tego arie, które są powszechnie znane: Habanera, Aria torreadora... A jednak czegoś mi zabrakło. Jakiegoś dreszczu zaskoczenia? Sprawiedliwości? Sympatii do bohaterów? Na dobrą sprawę jedyną postacią, którą polubiłam, była Michaela. Trochę mało jak na tak te tłumy, które przewijały się po scenie.

No nic. Moje subiektywne odczucie. Zresztą, ten post brzmi chyba bardziej marudnie niż powinien. Carmen całkiem mi się podobała - tyle tylko, że nie jestem nią jakoś szczególnie oczarowana. Moim numerem jeden bydgoskiej opery jest chyba jednak Nabucco... Ale z całą pewnością nie żałuję, że spędziłam te trzy godziny w operze, przenosząc się w kolorowy i bardzo dziwny świat.

Pięknie, kolorowo i baśniowo

Related Posts with Thumbnails