wtorek, 6 grudnia 2011

Spotkanie ze Wschodem - Ukraina



Wczoraj odbyło się ostatnie (bodajże szóste, a dla mnie zaledwie drugie) "Spotkanie ze Wschodem" - tym razem poświęcone Ukrainie. Nie ukrywam, że wiązałam z nim spore nadzieje. Zeszłomiesięczne, bardzo ciekawe spotkanie dotyczące Białorusi sprawiło, że tuż po nim nie mogłam doczekać się kolejnego wykładu. Wprawdzie na Ukrainie też się nie znam, ale z pewnością mam o niej większe pojęcie niż o Białorusi. Dawno temu, kiedy byłam jeszcze gimnazjalistką i chciałam zmieniać świat, popełniłam nawet pracę semestralną n.t. Pomarańczowej Rewolucji. Kojarzę niektórych ukraińskich polityków, wiem, kim był Taras Szewczenko i nawet byłam na wycieczce we Lwowie. A przede wszystkim: od dziecka, nie wiem czemu, kocham ten kraj. Gdy pierwszy raz usłyszałam jego nazwę, wyobraziłam sobie piękną, zieloną krainę, pełną nieskażonej przyrody... Sama nazwa była piękna, taka melodyjna i miękka. U-kra-i-na. Flaga, widniejąca w którymś z moich dziecięcych atlasów, też mi się spodobała. I co prawda, kiedy raz wyrwało mi się coś na temat wspaniałości Ukrainy, moja babcia złapała się za głowę i zawołała coś w rodzaju "Dziecko, co ty wygadujesz! Jedna wielka bieda!", ale nijak nie ostudziło to mojego zainteresowania tym krajem. Zostało mi to do teraz.

I dlatego wczorajszy wykład średnio mi się podobał.

Wykłady były właściwie dwa, po nich zaś dyskusja - zdecydowanie mniej ciekawa i krótsza niż podczas spotkania białoruskiego. Zarówno pierwszy wykład, jak i cała ta dyskusja, poświęcona była w większej części stereotypom. I w tym sęk. Co osoba, która od dziecka kocha Ukrainę, ma wynieść z wykładu pt. "Jaki jest obraz Ukraińców wśród Polaków i dlaczego jest negatywny?"? Po co jej pełne pasji przemowy o tym, że Ukraina jest zupełnie inna niż się mówi i zamiast powtarzać głupie stereotypy, lepiej tam po prostu pojechać? Ja nigdy nie uważałam Ukraińców za bandytów, chlejusów, biedaków etc. Gdybym zdecydowała się odpowiedzieć na pierwsze pytanie prelegenta, czyli "co się państwu kojarzy z Ukrainą", najprawdopodobniej zepsułabym mu całą koncepcję wykładu. Kojarzy mi się Teatr Wielki we Lwowie, piękne nagrobki na cmentarzu Łyczakowskim, przepyszne naleśniki jedzone z przyjaciółmi i samochody, które nic nie robią sobie z tego, że mogą rozjechać pieszego. Sprzedawca, który był przekonany, że przyjechaliśmy z Anglii. Naszyjnik z koralików, który kupiłam tam za półdarmo (bodajże 45 hrywien - 4 lata później widziałam podobne po drugiej stronie granicy za ponad 100 złotych). A dalsza Ukraina, na której nie byłam, kojarzy mi się z dziczą. Przy czym w moim przypadku to określenie jest jak najbardziej pozytywne.
Przykro mi, ale tę część wykładu uważam za zupełną stratę czasu. Bo przecież człowiek, który postanowił pójść na wykład o Ukrainie zamiast na piwo z kolegami, z pewnością musi żywić do tego kraju cieplejsze uczucia. Mówienie mu o bezsensowności stereotypów jest pozbawione sensu. To coś z rodzaju kazania, w którym ksiądz narzeka, że ludzie nie chodzą do kościoła - przy czym słyszą to tylko ci, którzy akurat do niego chodzą. Gdzie sens, gdzie logika...?

Całe szczęście, że była jeszcze druga część wykładu, który podobała mi się o wiele bardziej. Co prawda spodziewałam się po nim zupełnie czego innego po tym, jak dziewczyna, która prowadziła całe spotkanie, zapowiedziała wykład o turystyce, ale jego właściwy temat - historia i literatura - był chyba nawet ciekawszy. Dużo bardziej poukładany niż w przypadku tego z zeszłego miesiąca, o literaturze białoruskiej. A może to po prostu zasługa tego, że znam aż DWÓCH pisarzy ukraińskich, więc nie wszystko było dla mnie czarną magią...
Prelegent mówił o niskim statusie języka ukraińskiego, o rusyfikacji społeczeństwa i o tym, że pisarze tworzący po ukraińsku nie mieli szansy się wybić. Dowiedziałam się, że Gogol, wbrew temu, co się powszechnie uważa, był Ukraińcem. Pisał po rosyjsku, bo tylko w ten sposób mógł zaistnieć. Jego rodacy, którzy uparcie tworzyli w języku ojczystym - Wołodymyr Wynnyczenko, Mychajło Kociubyński - są dziś zapomniani. Prelegent wymienił kilka nazwisk, kilka tytułów, spytał, czy ktoś słyszał o "Słonecznej maszynie"... Cisza na sali. Pokiwał tylko głową, mówiąc "no właśnie".

Po powrocie do domu rzuciłam się w stronę laptopa, pragnąc zamówić z Empiku chociaż kilka z wymienionych na spotkaniu pozycji. Nic. Nawet Tarasa Szewczenki nie ma. Jedna pozycja Iwana Franko, to wszystko. Weszłam więc na stronę uniwersyteckiej biblioteki... Ale, ku mojemu olbrzymiemu zdumieniu, wcale nie było z nią dużo lepiej. Części książek nie ma w ogóle, część jest tylko w oryginale (a ja ukraińskiego, póki co, nie znam - i nie mam najmniejszych szans nauczyć się go przed końcem studiów), a pozostałe są dostępne tylko w czytelni. Albo w Gnieźnie. Egzemplarze, które można fizycznie wypożyczyć, można policzyć na palcach jednej ręki.
Więc czemu tu się dziwić? Jak Polacy mają znać ukraińską literaturę, skoro jej przekłady są niedostępne nawet na uniwersytecie (i to, powiem nieskromnie, nie byle jakim)? W dodatku na Wydziale Neofilologii...?

Dzięki wykładowi literackiemu nie żałuję, że poszłam na to spotkanie. Ale i tak nie czuję się usatysfakcjonowana. Liczyłam na coś więcej - więcej anegdot, realiów codziennego życia... Więcej Ukrainy.

Cóż - pozostaje mi dokształcić się na własną rękę. W wolnym czasie, o ile kiedyś nadejdzie... :)

PS. Zdjęć brak, bo Aithne dopadła skleroza i zapomniała aparatu.

4 komentarze:

  1. Bardzo lubię Twoje reportaże ze spotkań ze Wschodem. Generalnie, gdyby nie fakt, że siedzę w Zagrzebiu, sam bym się chętnie na nie wybrał:)

    Jeszcze dorzucę tylko swoje trzy grosze. Ta wschodnia Ukraina, która Tobie kojarzy się z dziczą (w pozytywnym tego znaczeniu, jak to ładnie ujęłaś;) ) tak naprawdę zdaje się być bardziej cywilizowana niż Ukraina zachodnia. Wschód jest bogatszy, bardziej tolerancyjny (zarówno w stosunku do Polaków jak i Rosjan), mniej przesiąknięty nacjonalizmem. Tymczasem większość wschodniej Ukrainy to miasta typowo przemysłowe, które wytwarzają większość ukraińskiego PKB.

    Z ukraińskiej literatury współczesnej chciałbym Ci natomiast polecić Serhija Żadana.
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  2. Przede wszystkim dziękuję Ci za komentarz - miło wiedzieć, że śledzisz moją pisaninę :). Wielka szkoda, że nie ma Cię na miejscu i nie mogłeś też wziąć udziału w tych spotkaniach, bo jestem przekonana, że wyciągnąłbyś z nich dużo więcej niż ja. No i z pewnością, w przeciwieństwie do mnie, miałbyś jakieś mądre pytania do prowadzących. Ja siedziałam tam tylko w charakterze studenta słuchającego wykładu...

    Tą tolerancją wschodniej Ukrainy mocno mnie zaskoczyłeś. Spodziewałam się czegoś zupełnie innego. Cóż, to tylko kolejny powód, żeby kiedyś wybrać się dalej niż do Lwowa.

    Pana Żadana znalazłam, dziękuję! Nawet stosunkowo sporo jego książek jest osiągalnych... A co poleciłbyś na początek?

    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  3. Wybacz, że tak późno odpisuję, ale zapomniałem subskrybować komentarze w tym wątku. Na początek dość standardowo poleciłbym "Depeche Mode", chyba najbardziej znaną pozycję tego autora.

    Gdybyś jeszcze miała kiedyś chęci poczynić rozmaite odkrycia literackie z różnych rejonów tego świata to gorąco chciałbym Ci polecić coś z Bałkanów, a mianowicie Miljenko Jergovicia. Aktualnie jestem na etapie czytania jego siódmej już książki i ciągle nie mogę wyjść z podziwu. A przy okazji naprawdę sporo można się dowiedzieć z jego książek, głównie o XX-wiecznej historii Chorwacji. Z tego co wiem na pewno po polsku można dostać takie tytuły jak "Freelander", "Ruta Tannenbaum" i "Buick Rivera".

    OdpowiedzUsuń
  4. O, "Ruta Tannenbaum" nawet mi coś mówi. Od jakiegoś czasu mam ją w schowku... Ona też w którymś roku albo wygrała Angelusa, albo była w ścisłym finale. Z chęcią po nią sięgnę - zwłaszcza, że od jakiegoś czasu czaję się na książki z wydawnictwa Czarnego i pewnie właśnie stamtąd przyjdzie do mnie kolejne większe zamówienie. Tj., jak już uporam się z Serią z Miotłą :).
    A "Depeche Mode" zaraz wyląduje w schowku. Dziękuję!

    OdpowiedzUsuń

Related Posts with Thumbnails