wtorek, 27 grudnia 2011

Skóra, w której żyję // La piel que habito

Filmowo się tu zaczyna robić. Dziwne to jak na "jedyną znaną mi osobę, która nie lubi oglądać filmów"... Wszystko to zasługa świąt i kilku dni wolnego, które spadły mi z nieba. Nareszcie mam chwilę na zwolnienie i ogarnięcie się...
Nieswojo się czuję recenzując filmy. Przy książkach wiem, że znam się na tym, na czym piszę. W kwestii filmów czuję się (i zapewne jestem) amatorką...

8/10

To moje drugie spotkanie z twórczością Pedro Almodóvara. Pierwszym jego filmem, który obejrzałam, było Volver i wspominam ten seans bardzo dobrze. Temat trudny, szokujący wręcz i pogmatwany, ale podany w przyjemny sposób. Nastrojowy, efektowny i przez większą część filmu zabawny. Zresztą, Volver jest chyba zaliczane do komedii... Dochodzi do tego Penelope Cruz, która mi tam akurat niespecjalnie robi różnicę, ale dla męskiej części widowni może być istotną zaletą filmu. Od czasu tego seansu kiełkował we mnie zamiar obejrzenia jeszcze czegoś z Almodovarowych filmów i gdy kilka miesięcy później w całym mieście pojawiły się plakaty Skóry, w której żyję w pierwszej chwili chciałam rzucić się do kina. Ale ten plakat jakiś taki dziwny i recenzje mówiły, że niealmodovarowy ten film... Zrezygnowałam. Do wczoraj.

Jak widać, nijak nie można nazwać mnie specjalistką od Pedro Almodóvara. Ale mimo to pozwolę sobie na to spostrzeżenie: ten film JEST almodovarowy. Przynajmniej w porównaniu do Volver. Jest chłodniejszy, jakiś taki... sterylny, szpitalny, historia jest inna, elementów humorystycznych brak - lecz i tak czuje się w tym coś nieuchwytnego, trudnego do określenia, a jednak tak charakterystycznego dla tego reżysera. Nie umiem tego nazwać, ale to siedzi głęboko w nastroju filmu, w tym napięciu, klimacie... Almodovarowe są też dziwactwa, zwłaszcza dość specyficzne podejście do erotyki. Szukam w pamięci i szukam, ale nie mogę przypomnieć sobie choćby jednej normalnej sceny łóżkowej. Z wszystkimi jest coś nie tak. 

Film, jak już wspomniałam, komedią zdecydowanie nie jest. Zaśmiałam się na nim raz, i to niezbyt głośno. Atmosfera jest dość ciężka i śmiertelnie poważna. Podobnie jak sama fabuła, w której brakuje jakichkolwiek akcentów humorystycznych, za to jest w niej parę scen tak dziwnych, że opadła mi na nich szczęka. Jednocześnie jednak film nie jest wybitnie przygnębiający. Oglądało mi się go trochę jak przez szklaną szybę, która zamazuje obraz, filtruje emocje i nie pozwala im zalać widza...

Fabuła filmu sama w sobie jest poplątana, a brak chronologii tylko dodatkowo ją komplikuje. Pomysł na Skórę, w której żyję opiera się właśnie na zaskakującej fabule, zdradzenie jej byłoby więc czystą złośliwością wobec czytających. Sam początek wygląda mniej więcej tak:
W białym pokoju siedzi piękna kobieta w obcisłym, beżowym kombinezonie. Ćwiczy jogę.
Odkrywamy, że kobieta jest uwięziona w domu Antonio Banderasa.
Antonio przeprowadza na kobiecie dziwną operację. Zostają blizny.
Na sympozjum lekarskim Antonio opisuje idealną sztuczną skórę, którą stworzył.
Znajomi Banderasa przebąkują coś o podobieństwie Very. Do kogo? Tajemnica.
I tak dalej, i tak dalej. Puzzle składają się ostatecznie w stuprocentowo logiczną układankę i obraz, który mamy przed oczami pod koniec filmu jest zupełnie jasny, ale na zrozumienie "o co właściwie chodzi" trzeba trochę poczekać. Pojawiające się w połowie filmu "6 lat wcześniej" dodatkowo wszystko zapętla.

Co mi się nie podobało? Głównie sam motyw ognioodpornej skóry. Po pierwsze: co to niby za obsesja, o której piszą ludzie w recenzjach, skoro między wypadkiem żony doktora a rozpoczęciem eksperymentów nad idealną skórą minęło dobrych parę lat? Wydawać by się mogło, że któregoś wieczoru Banderasowi przyszło do głowy: o, mam w domu pacjentkę, na której sobie eksperymentuję, może by tak zrobić jej sztuczną skórę? Po drugie: co ta nieszczęsna skóra miała właściwie do głównej fabuły filmu? Wydaje mi się, że jednak co innego było tu głównym problemem i zdaje mi się, że Vera by się z tym zgodziła. Po trzecie: beżowy kombinezon. To miała być ta skóra? Bo jeśli tak, to coś Banderasowi nie wyszła. Naturalnie to to nie wyglądało. A jeśli nie, jeśli kombinezon miał np. podtrzymywać "przylepioną" do ciała Very skórę, to czemu nie nosiła niczego na tym? Uwaga techniczna mojego taty: mogliby się chociaż postarać udać, że ta dziewczyna nosi to na gołe ciało, a nie, że odciskała jej się bielizna...

A co mi się podobało...? Cóż - najkrócej byłoby powiedzieć "reszta". Elena Anaya w niczym nie ustępuje Penelopie Cruz. Bohaterowie są tak popaprani, że ciężko właściwie kogokolwiek z nich potępiać. Nawet Banderas, przerażający w swoim chłodnym opanowaniu, wzbudza współczucie jako biedny, samotny człowiek z "genem szaleństwa". Muzyka jest niesamowita (słyszałam gdzieś tam skrzypce...?) i bardzo mocno buduje klimat filmu. Suspens był, emocje były, nastrój był. Nie mam na co marudzić...

Zarzuca się Almodóvarowi, że się kończy, że jego kolejne filmy są coraz gorsze, że ich fabuły nadawałyby się do brazylijskich telenowel. Nie wiem, czy są gorsze czy nie - za mało ich widziałam. Nie oglądam brazylijskich telenowel, więc w tym temacie też nie bardzo mogę się wypowiedzieć. Niespecjalnie mnie to zresztą obchodzi - i tak to kupuję. Podoba mi się styl Almodówara, wciąga mnie ten klimat i jego filmy, nie wiem czemu, nie nudzą mnie. Rzadko się zdarza, żebym podczas oglądania filmu nie zerkała na zegarek i nie niecierpliwiła się ani trochę. Tu tak było. Pełne skupienie przez cały czas.
I choć podejrzewam, że jego pozostałe filmy będą równie porąbane jak ten, któregoś dnia z chęcią je obejrzę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts with Thumbnails