wtorek, 13 grudnia 2011

Maria Matios, "Słodka Darusia"


Czy oni nie mają oleju w głowie i Boga w sercu, ci jej sąsiedzi, że myślą, że ona głupia? Darusia przecież wcale nie jest głupia - ona jest słodka.
No, i co z tego, że korzeń dalii owinęła kołdrą? Przecież to było wtedy, kiedy śnieg już zszedł, a mrozy jeszcze trzymały. Darusia rozdawała we wsi kwiaty, bo ich tyle wykopała na jesieni, że miała tych kwiatów więcej niż gruli w piwniczce. Więc pozanosiła je do chat, gdzie nigdy kwiaty nie kwitły(...).
Darusia siedzi na ciepłej, jeszcze tchnącej latem ziemi, gładzi wesołe główki astrów, czochra dłonią pachnące kędziory, rozmawia z nimi, mówi, co chce, śmieje się - i cóż w tym głupiego?
Niby dlaczego jest głupia, skoro wszystko rozumie, wie, co i jak się nazywa, jaki jest dziś dzień, ile jabłonek obrodziło w Marysinym sadzie, ilu od Bożego Narodzenia do Bożego Narodzenia ludzi we wsi się narodziło i ilu umarło! W radzie wiejskiej po taką wiedzę do książek zaglądają, a Darusia wszystko ma w głowie (...).
Co tu gadać, jak nie ma o czym. Ludzie we wsi czasem robią takie rzeczy, że nawet Darusia łapie się za głowę, ale ich głupimi dlaczegoś nikt nie nazywa, a o niej, która rozmawia z drzewami i kwiatami, i żyje sobie, jak chce, i szkody żadnej nie robi nikomu, wszyscy myślą jak o głupiej.
(...)...Fedio kiedyś osiodłał barana i powiózł na nim syna do szkoły, ale nikt nie powiedział, że Fedio jest głupi, choć od tamtej pory do syna przylgnęło przezwisko "Baran".
A Stepan przyjechał z miasta na odpust i przywiózł ze sobą błyszczącą, okrągłą muterkę wielkiego rozmiaru. Koło klonu chłopcy założyli się, że Stepan za flaszką piwa naciągnie żelazną muterkę na swojego głupka, ściągnie po półgodzinie, a jego głupkowi nic nie będzie. A głupek ze Stepanowych portek Stepana nie posłuchał, spuchł, mało nie trzasnął na gwincie muterki (...). Pośmiali się z niego we wsi, politowali nad nim, ale nazwać Stepana głupim - zapomnieli.
We wsi sobie myślą, że Darusia nic nie rozumie, a i żeby nie nazywać jej głupią, nazywają ją słodką.
Poczciwa ta Darusia. Czytałam ten fragment i myślałam tylko "no tak, oczywiście, przecież ma rację"...
Ech, gdyby tak zostało do końca! Słodka Darusia siedząca w ogrodzie, rozmawiająca z drzewami i kwiatami... Ale nie zostało. Tylko początek jest taki słodki i spokojny.

Książka podzielona jest na trzy części, nazwane przez autorkę dramatami. Darusia - dramat codzienny, Iwan Ćwiek - dramat wcześniejszy i Mychajłowy skarb - dramat główny. Każda kolejna część jest dłuższa od poprzedniej i, wbrew tytułowi, to historia Mychajła i Matronki stanowi główną część powieści. Samej Darusi jest tu stosunkowo niewiele. Rozdział jej poświęcony liczy zaledwie 20 stron i choć pojawia się w dwóch kolejnych, to jednak co innego wypływa na pierwszy plan...

Powieść Marii Matios jest, w moim odczuciu, trochę przerażająca. Przerażająca, bo jest jak bajka, tyle że opowiedziana od końca do początku. Zaczyna się od "żyli długo i szczęśliwie", bo choć Darusia jest "słodka" i cierpi na okropne ataki migreny, to jednak żyje sobie po swojemu, z wyrozumiałością myśląc o głupocie sąsiadów, którym wydaje się, że to ona jest głupia. Jest ciepło, idyllicznie, kwiatki kwitną, słoneczko świeci - istna bajka. Poza migreną. A później... Coś zaczyna wisieć w powietrzu. Już w drugim, iwanowym rozdziale widać wyraźnie, że Darusia kryje w sobie jakąś tajemnicę, że istnieje powód, dla którego nie mówi... I że nie jest to nic, co mogłoby wprawić czytelnika w dobry humor. W trzecim, retrospektywnym rozdziale, to wrażenie przybiera na sile. Wprawdzie początek znów jest ciepły, Mychajło i Matronka kochają się tak, że budzą zazdrość wszystkich bab we wsi, ale w narracji czuć niepokój i zbliżającą się tragedię.

Darusia jest postacią, która spina wszystkie trzy rozdziały. Nawet w trzecim rozdziale, w którym prawie nie występuje, odgrywa ostatecznie kluczową rolę. A wszystkie opisane w nim wydarzenia mają na celu wytłumaczyć zagadkę z pierwszego rozdziału: dlaczego Darusia nie mówi, choć jako dziecko mówiła i była zupełnie normalna, dlaczego boli ją głowa na widok cukierków...?

Nie chcę zdradzać za dużo, żeby nie zabierać nikomu przyjemności z lektury - bardzo zresztą dobrej. Moja ocena (4.5/6) byłaby z pewnością wyższa, gdyby nie jedna scena trzeciego rozdziału, zupełnie, jak na mnie, niepotrzebna, która zburzyła mi całą idylliczną wizję idealnego małżeństwa Mychajły i Matronki. Nie pasowała mi nijak do reszty powieści i zostawiła po sobie spory niesmak. 
Ale reszta, mimo narastającej grozy, podobało mi się bardzo. Nie dziwi mnie ani nominacja do Angelusa, ani liczne nagrody, którymi powieść została obsypana na Ukrainie, w tym Narodowa Nagroda im. Tarasa Szewczenki. 4,5, czyli "więcej niż dobra" - i wciąż zastanawiam się, czy to nie za niska ocena.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts with Thumbnails