niedziela, 11 grudnia 2011

Listy do M.


Żaden ze mnie ekspert w sprawach kinematografii. Prawdę mówiąc, przez wiele, wiele lat byłam jedynym znanym mi przypadkiem osoby, która w ogóle nie lubi oglądać filmów i choć na studiach (głowie dzięki mojemu przyjacielowi -> chłopakowi -> narzeczonemu) do pewnego stopnia mi to przeszło, to jednak nadal nie jest to mój ulubiony sposób spędzania wolnego czasu. Zaległości też mam, nie da się ukryć, gigantyczne, zwłaszcza w filmowej klasyce. Może więc nie powinnam narzekać, może się nie znam... Ale polskich filmów, z reguły, nie lubię. Przynajmniej tych nowszych. Wszystkie są, jak na mnie, nakręcone na jedno kopyto (no, dobrze - na kilka). Mamy tu ekranizacje lektur tudzież filmy historyczne (wielka Polska, która jest Mesjaszem narodów i cierpi za miliony), filmy sensacyjne (najlepiej z Bogusławem Lindą w roli głównej), filmy sensacyjno-komediowe (coś w rodzaju Kilera, Vinci etc.), mój najbardziej znienawidzony nurt filmów pesymistycznych, których głównym przesłaniem jest albo marudzenie na "polską beznadzieję", albo na rzeczywistość w ogóle... No i idiotyczne komedie romantyczne, w których główni bohaterowie przez 90 minut nie widzą, że są dla siebie stworzeni, ale (uff, co za ulga - kto by się spodziewał?) odkrywają to w minucie 91. i żyją długo i szczęśliwie. Oczywiście to nie tak, żebym nie lubiła niczego, co polskie. Czasem zdarzają się filmy, które, choć mało odkrywcze, mają w sobie coś wyjątkowego - jak choćby "Nigdy w życiu", typowa komedia romantyczna, którą jednak uwielbiam za optymizm, humor i to, że po jego obejrzeniu czuję, że życie jest piękne. Ale generalnie komedie romantyczne (a już zwłaszcza polskie) omijam szerokim łukiem i ostatnio byłam w kinie na jednej z nich jakieś 5-6 lat temu...

A jednak poszłam na "Listy do M." - zachęcona wzorowaniem się na 'Love Actually', zachwytami przyjaciółki, ślicznym plakatem i kiełkującą we mnie nadzieją, że może dzięki temu filmowi wreszcie dotrze do mnie, że idą święta. I absolutnie tej decyzji nie żałuję. Bo to, po prostu, zdumiewająco dobry film - zwłaszcza jak na polską komedię romantyczną.

Oczywiście, w samej fabule "Listów do M." nie ma nic szczególnie oryginalnego. Zresztą, komedia romantyczna jest już na tyle wyeksploatowanym gatunkiem, że ciężko byłoby wymyślić coś, czego jeszcze nie było. I może to i dobrze, że twórcy nie próbowali na siłę niczego udziwniać, byleby czymś się wyróżnić? Różne rzeczy wychodzą z takich eksperymentów... Oryginalne mogłoby być samo osadzenie akcji filmu w okresie Bożego Narodzenia, gdyby nie to, że x lat temu dokładnie to samo zrobiono we wspomnianym już 'Love Actually'. Zresztą, twórcy "Listów..." absolutnie nie kryją się z tym, że mocno się tym filmem inspirowali. Sam pomysł - losy kilku par w wigilię - jest żywcem ściągnięty z amerykańskiego pierwowzoru. Podobnie forma plakatu. A już zupełnie rozbroiło mnie włączenie do soundtracku z "Listów..." 'Turn me on' Nory Jones. Kto widział 'Love Actually', ten zapewne pamięta przyjęcie firmowe, podczas którego bohaterowie tańczą właśnie do tej piosenki... Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby chodziło o piosenkę świąteczną, ale ta nią nie jest. Nie wierzę, że to zbieg okoliczności. Można narzekać na wtórność, można też cieszyć się, że polscy twórcy inspirują się dobrymi filmami. Ja się cieszę. A to, że "Listy do M." otwarcie się do tej wtórności przyznają i nie próbują udawać czegoś, czym nie są, działa tylko na ich plus.

Dużo dobrego aktorstwa. Nie podobała mi się chyba tylko Kasia Zielińska - ale może to nie wina jej, tylko samej roli. Miałam wrażenie, że jest tam wklejona na siłę, nie wiadomo po co... Jej wątek był bardzo krótki i, muszę przyznać, nudny. Nie do końca podobał mi się też Tomasz Karolak, który znów grał irytującego "luzaka", tyle że w przebraniu Mikołaja. Ale reszta? Fantastyczny Maciej Stuhr, Piotr Adamczyk, nareszcie normalna rola Agnieszki Dygant. A już absolutnie rewelacyjne były dzieciaki. Julkę Wróblewską uwielbiam od czasu "Tylko mnie kochaj", w którym jej rola była wystarczającym usprawiedliwieniem dla powstania tego filmu. Na szczęście nie straciła z wiekiem uroku i nadal ogląda się ją równie przyjemnie. Mały Kuba Jankiewicz był już odrobinkę słabszy, mniej naturalny, ale i tak jest tak uroczy, że spokojnie można nie zwracać na te potknięcia uwagi.

Mam tylko jedno zastrzeżenie do tego filmu. A raczej do jego klasyfikacji. "Komedia romantyczna"? "Bardzo romantyczna", głosi nawet plakat. Z tym romantyzmem spokojnie się zgodzę. Ale komedia? Nie przeczę, momenty komediowe są, wiele razy się na tym filmie śmiałam, ale też nieraz czułam gulę w gardle i słyszałam z fotela obok pochlipywanie mojej mamy. W porównaniu do 'Love Actually' ten film jest dużo smutniejszy, cichszy, bardziej zadumany. W takim na przykład wątku Małgorzaty, Wojciecha i Tosi śmiesznych scen nie ma prawie wcale. A im bliżej końca, tym bardziej wzruszająco się robi. Słodko - gorzko. Czyli to, co lubię najbardziej. I nawet zakończenie nie jest cukierkowe...

Naprawdę ciepły, piękny film, w którym po prostu czuć ducha świąt. Polecam z czystym sumieniem. Zwłaszcza tym, których irytuje brak śniegu i chcieliby w końcu dostrzec wokół siebie trochę bożonarodzeniowej magii.

 

(Ale suspens to im nie wyszedł - wszystkie "zagadki" rozgryzłam na długo przed zakończeniem filmu ;-))

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts with Thumbnails