poniedziałek, 26 grudnia 2011

Lapońska odyseja // Napapiirin sankarit

 

6/10
 
Z bliżej mi nieznanych powodów fascynuje mnie Finlandia. Zimno tam, ciemno, płasko... Wszystko to, czego najbardziej nie lubię. A jednak jakoś mnie tak ciągnie i marzę wciąż o tym, żeby kiedyś odwiedzić ten kraj. Być może to zasługa "odkrytych" w internecie Finów, z którymi zdarzyło mi się korespondować? Wszyscy byli naprawdę ciekawymi, niezwykłymi ludźmi, a ich podejście do życia było dziwnie podobne do mojego. Może życie tam, na północy, gdzie jest zimno i ciemno, zmusza człowieka do większej refleksyjności...?
A może to zasługa języka - tak innego, ledwo spokrewnionego z polskim i innymi europejskimi językami? Fiński (do spółki z estońskim i węgierskim) nie jest językiem indoeuropejskim, dla Polaka brzmi więc odrobinę kosmicznie. Prawdę mówiąc, ze wszystkich znanych mi (lepiej lub gorzej) języków, najbardziej przypomina mi japoński. Cóż - istnieją teorie łączące japoński z językami uralskimi, więc może to nie tylko moje złudzenie...

Tak czy inaczej, Finlandia - zupełnie bez sensu - fascynuje mnie od dawna, a fiński zajmuje bardzo wysoką pozycję na liście "wymarzonych języków". I głównie z tego powodu obejrzałam "Lapońską odyseję" - w oryginale 'Napapiirin sankarit'.

Film zaczyna się arcyoptymistycznie - historią lokalnej "atrakcji turystycznej", czyli Drzewa Wisielców. W ciągu kilku początkowych minut widz dowiaduje się, że życie w Laponii jest nie do wytrzymania. Zimno, ciemno, pracy nie ma, sąsiadów mało... Idealne warunki do depresji. Albo wieszania się na drzewie. W tej właśnie optymistycznej krainie mieszka główny bohater, Janne, oraz jego dziewczyna o bardzo japońsko brzmiącym imieniu - Inari (serio, w Japonii jest nawet świątynia, która nazywa się Fushimi Inari...). Już na samym początku filmu między bohaterami wybucha kłótnia o... Digi boxa. Czy jakoś tak. Każde napisy tłumaczą to inaczej. W każdym razie, chodzi chyba o skrzynkę do odbioru telewizji cyfrowej. Wściekła Inari stawia Jannemu ultimatum - albo do rana przywiezie jej digi boxa, albo ona się wyprowadza. Do Jannego, który początkowo nie traktuje sprawy poważnie, w końcu dociera, że dziewczyna mówi jak najbardziej serio i razem z dwójką przyjaciół rusza na poszukiwania sprzętu...

"Tyle hałasu o jednego digi boxa...?" - dziwi się jeden z przyjaciół Jannego, patrząc na Inari, która usiłuje przyciągnąć pod dom przyczepkę do przeprowadzek. "Rzuci go przez taką bzdurę?" - dziwi się mój narzeczony. Rzecz w tym, że nie chodzi tu tylko o tego konkretnego digi boxa. Z późniejszych scen filmu dowiadujemy się, że Janne, który na początku związku był całkiem zaradnym, nieźle zarabiającym mężczyzną, przed pięciu laty stracił pracę i od tamtej pory zajmuje się "pierdzeniem w stołek". Nie szuka nowej pracy (bo "i tak jej nie znajdzie"), nie chce się przeprowadzić do większego miasta, Oulu (bo co on tam ma robić? I tak nikt go nie zatrudni), nie robi absolutnie nic konstruktywnego, a jedynie całymi dniami obija się z kumplami. Pieniądze zarabia Inari. Te, które dała mu na digi boxa, Janne wydał na piwo. Kupno tego nieszczęsnego pudła obiecuje jej od trzech lat, a nie czyni w tej kwestii żadnych postępów. Jest po prostu podręcznikowym przykładem życiowej pierdoły i nie dziwię się, że Inari w końcu zaczyna mieć go dość.

Kupno digi boxa nie wydaje się jakimś niezmiernie skomplikowanym zadaniem. Ale kiedy jest się życiową pierdołą, nawet proste zadania stają się trudne i cały świat sprzysięga się, żeby utrudnić ich realizację. A jeśli na kupno digi boxa ma się niecałe 12 godzin, w dodatku nocnych, w rodzinnym miasteczku wszystkie sklepy są już pozamykane, najbliższe miasto jest odległe o dwieście kilometrów, a do tego nie ma się przy sobie ani eurocenta - realizacja rzeczywiście może być trudniejsza, niż się na pierwszy rzut oka wydaje. Towarzystwo dość oryginalnych przyjaciół nie pomaga...

No i tak mija 90 minut filmu. Janne z kumplami walczą jak lwy o digi boxa, co krok natykając się na kolejne trudności, podczas gdy Inari bije się z myślami i nie dostrzega, że jej były chłopak robi co może, żeby skorzystać z okazji i odbić ją Jannemu. 

Właściwie niespecjalnie lubię takie filmy. Te przygody, który Janne i spółka przeżywają po drodze, niezbyt mnie zaciekawiły. Sytuacje, kiedy komuś już prawie coś się udaje, ale w ostatniej chwili wszystko się psuje z zasady doprowadzają mnie do szału. Ślepota Inari i wredota tego jej eks też działały mi na nerwy. Do ostatniej chwili bałam się, że film skończy się zbiorową depresją wszystkich bohaterów razem wziętych.

Więc za to te sześć punktów? Cóż, nie okrywam, że przede wszystkim za samą Finlandię. 90 minut słuchania fińskiego - bezcenne. Do tego zdjęcia i muzyka... Jedno i drugie jest przepiękne. Nocne krajobrazy Laponii w połączeniu ze spokojną, nastrojową muzyką sprawiły, że bardziej niż kiedykolwiek zapragnęłam tam pojechać. Na grze aktorskiej się nie znam, ale nie zgrzytała mi, więc nie mogło być bardzo źle ^^.


Podobało mi się też kilka rzeczy w fabule filmu. Nie sama podróż i walka o digi boxa, ale to wszystko, co pojawiało się w tle, czasem mimochodem, kryjąc się na drugim planie. Mój ulubiony moment? W pewnym momencie pakująca się Inari odkrywa, że na dworze rozszalała się śnieżyca. Włącza radio i nasłuchuje wiadomości pogodowych. Zimno, śnieżyca ma trwać długo, wiatr dobija do jakiś niewyobrażalnych prędkości. Jej eks wraca do domu po kolejne pudła. Inari patrzy na niego dziwnie nieobecnym wzrokiem i mówi: "Nawet nie wziął czapki". Niesamowita scena: prosta, zwyczajna, ale przez to jeszcze bardziej nastrojowa. Uwierzyłam w tym momencie, że Inari nigdzie nie wyjedzie. Nie można jednocześnie chcieć odejść od mężczyzny i martwić się, że nie wziął czapki...

Zakończenie filmu - hurra! - nie zabija pesymizmem. Wręcz przeciwnie, jest w nim sporo nadziei. Nie takiej pełnej, słonecznej i napełniającej człowieka poczuciem, że życie jest piękne - bardziej takiej z gatunku "nawet w Laponii da się żyć".


A. jeszcze jedno - osoby wrażliwe na sceny drastyczne oraz obrońców zwierząt ostrzegam, że w filmie występuje dość nieprzyjemna scena zarzynania renifera. Krew się leje. Ja do miłośników zwierzaczków nie należę, a i tak zrobiło mi się lekko słabo. Na szczęście scena jest krótka.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts with Thumbnails