sobota, 31 grudnia 2011

Koncert Sylwestrowy 2011

Zapowiadałam szumnie, że opera będzie jednym z głównych tematów tego bloga - a tu, jak na złość, krótko po założeniu "Świata w zwierciadle" szał na operę mi przeszedł. Przedtem przez pewien okres gościłam w bydgoskiej Operze Nova prawie co tydzień i najzwyczajniej w świecie przejadło mi się to. W efekcie ostatnim spektaklem, na jakim byłam, była "Carmen", o której pisałam już jakiś czas temu. Chyba nawet w październiku...? Od tamtej pory nie miałam na operę ani czasu, ani ochoty...

W prezencie gwiazdkowym dostałam jednak bilet na koncert sylwestrowy. Trochę oszukany, bo nie na samego sylwestra, a jeden dzień wcześniej... Wczoraj wieczorem przełamałam więc złą passę i nareszcie, po długiej przerwie, znów odwiedziłam operę - w dodatku w najlepszym z możliwych humorów, bez towarzyszącego mi przy poprzednich spektaklach lekkiego zniechęcenia. Byłam już na takim koncercie rok temu i bardzo mi się podobało. Coś jak koncert sylwestrowy w filharmonii (na których bywałam regularnie w dzieciństwie i było to najbardziej emocjonującą częścią całego świętowania nadejścia nowego roku), tyle że z dodatkiem wizji. A gdzie jak gdzie, ale w bydgoskiej operze jest na co patrzeć...

W ubiegłym roku koncert podzielony był na dwie części. Pierwsza była klasyczna, operowa, druga nowoczesna i bardziej rozrywkowa. Tym razem już podczas pierwszej połowy pojawiły się współczesne piosenki... Nie, Rihanna nie przyjechała, nie aż tak współczesne. Trochę już starszawe, ale dobrze znane i popularne. Dużo piosenek francuskich. Nie próbowałam specjalnie wyłapywać z tekstu słówek, więc aż zamarłam z przerażenia, kiedy zaatakowało mnie ze sceny 'raison...'*.

Nie przepadam za tymi przebojami. Oczywiście, same w sobie mi nie przeszkadzają, czasem nawet fajnie ich posłuchać... Ale nie po to idę do opery, żeby słuchać "Bananowego songu".

Podczas przerwy nawet cieszyłam się ze zmiany formuły - że wymieszali te przeboje z operą, więc druga połowa nie będzie dla mnie stracona. Bo byłam święcie przekonana, że będzie wyglądała tak samo: trochę opery, trochę przebojów. A tu przykra niespodzianka. Nic nie zostało "wymieszane" - po prostu wycięto sporo opery z pierwszej połowy, nie dodając jej w drugiej... Druga połowa była całkowicie "przebojowa", bez choćby jednego utworu operowego. Szczerze mówiąc, wynudziłam się na niej okrutnie i z trudem powstrzymywałam się od patrzenia na zegarek. Podobały mi się w niej może z dwa utwory...

Oczywiście, plusów całego koncertu było mnóstwo. Nawet najnudniejsza piosenka nabierała uroku w połączeniu z dekoracjami - nie tylko, jak zwykle, przepięknymi, ale też dowcipnymi. Wśród obrazów malowanych na paryskiej ulicy znalazło się miejsce na portret dyrygenta, a na straganie z jabłkami ceny różniły się znacząco w zależności od kraju produkcji. Jabłka krajowe - 6,99, jabłka UE - 12,99, jabłka chińskie - 1,20. Soliści radzili sobie doskonale; nie podobała mi się tylko nieznana mi bliżej piosenka, śpiewana przez panią Krystynę Nowak. Solistka zrehabilitowała się jednak w 100% w przepięknej wokalizie (jeden z dwóch podobających mi się występów w drugiej połowie), jeszcze piękniejszej dzięki gościnnemu występowi artystki z Gdyni, zajmującej się baletem akrobatycznym. Na żywo robi to zdecydowanie większe wrażenie niż w oglądanym na małym telewizorku "Mam talent"... Nawet Cezary Pazura całkiem sobie radził jako prowadzący.

Tylko co z tego, skoro dobór repertuaru był - w moim odczuciu, oczywiście - strasznie słaby? Za mało opery w operze. No i te żarty pana Pazury... Ile można śmiać się z tego, że kobiety mają duże torebki albo kosmetyczki? I że kupują dużo kosmetyków? Ten temat był już w ubiegłym roku. Czy naprawdę jedyny temat przewodni, jaki można wymyślić na tego typu imprezę, to różnice między kobietami a mężczyznami? Nie mówiąc o tym, że niektóre żarty były jednak, jakby nie patrzeć, niestosowne. Na takie koncerty chodzą najróżniejsi ludzie. Dzieci też. Gdybym sama była tam z dzieckiem, chyba nie byłabym zachwycona...

Jestem trochę rozczarowana tym koncertem. Choć cieszę się, że na nim byłam. Trochę odżyła we mnie operowa pasja.

No i odkryłam ciekawą rzecz: do baletu dołączyły dwie Japonki! Mina Kobayashi i Kaori Koiwai. Obie młodsze ode mnie...



* Raison to po francusku winogrono. Po sierpniowym winobraniu we Francji nie ma mowy, żebym tego słówka zapomniała. Któregoś dnia koledze nawet śniły się w nocy i ponoć wołał przez sen: raison... raison... c'est un cauchemar...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts with Thumbnails