piątek, 2 grudnia 2011

Jenny Erpenbeck, "Klucz do ogrodu"


Moja droga do "Klucza do ogrodu" Jenny Erpenbeck była wyjątkowo pokrętna. Prawdę mówiąc, to, że w ogóle dowiedziałam się o istnieniu tej książki jest dziełem przypadku... Albo pani Babiny i spotkania autorskiego z nią. Na tym właśnie spotkaniu dowiedziałam się, że "Miasto ryb" jest nominowane do jakiejś środkowoeuropejskiej nagrody literackiej i nie byłabym sobą, gdybym tuż po powrocie do domu nie sprawdziła, o jaką nagrodę chodzi. Z pomocą wujka Google odnalazłam stronę Literackiej Nagrody Europy Środkowej ANGELUS. Zerknęłam na listę nominowanych (i przy okazji odkryłam, że gdzieś już ją widziałam...). To było coś dla mnie: sama Europa Środkowa - Białoruś, Ukraina, Słowenia, Albania... Gdy tylko odkryłam, że nagroda ma zostać wręczona zwycięzcy dopiero 3. grudnia, a więc za miesiąc (znaczy... z tamtej perspektywy), postanowiłam zamówić chociaż kilka z nominowanych książek. Część z nich była akurat niedostępna, część brzmiała nieciekawie. Ostatecznie wybór padł na "Słodką Darusię" Marii Matios (bo autorka jest Ukrainką) i właśnie "Klucz do ogrodu". Bo spodobała mi się okładka*.

Spodziewałam się po tej powieści czegoś trochę innego. Choć i tak mi się podobała.
Ciężko mi ująć w słowa wrażenia po tej lekturze (którą, w związku z zawirowaniami natury prywatnej, skończyłam dopiero kilka dni temu). Jedno, co rzuca się w oczy już na samym początku, to specyficzny język. Nie każdemu musi się coś takiego podobać. Mi akurat odpowiada średnio i choć nie zgrzytałam zębami, jak w przypadku arcydzieła pani Vreeland, to jednak żałowałam, że autorka pisze tak oszczędnie, tak niepoetycko, tak... dziwnie.
Hermine i Arthur, jego rodzice.
On sam, Ludwig, pierworodny syn.
Jego siostra Elisabeth, zamężna, żona Ernsta.
Córka obojga, jego siostrzenica Doris.
Następnie jego żona Anna.
No i dzieci: Elliot i mała Elisabeth, nazwana tak po jego siostrze.

Elliot kopie piłkę do małej. Piłka toczy się po trawie aż do różanego klombu. Elisabeth nie chce po nią pójść, wie, że róże kłują, więc brat biegnie, prześlizguje się między kwiatami, rozsuwa je łokciami na bok i nogą wykopuje piłkę z powrotem na trawę. Czerwień róż miesza się z głębszą czerwienią krzewu bugenwilli, rosnącego przy ścianie domu i swymi kwiatami wieńczącego okno salonu.

Przed południem samochodem marki Adler jadą nadmorską drogą w kierunku wschodnim. Adler, mówi Arthur, senior, niemiecka jakość. Tak, odpowiada Ludwig, jego syn. Dostarczają aż tutaj?, pyta ojciec. Tak, mówi Ludwig, nas też przecież dostarczyli aż tutaj. Obok niego siedzi jego matka, Hermine, na tylnym siedzeniu Arthur, jego ojciec, i Anna. Arthur i Hermine, rodzice Ludwiga, przyjechali w odwiedziny. Dwa tygodnie później wracają do domu. Anna na cześć teściów włożyła swój biały kostium. 1 żakiet i 1 spódnica (Peek & Cloppenburg), zakupione na potrzeby emigracji, na początku roku 1936, 43 marki i 70 fenigów.
Dziwne to, dziwne. Jestem przyzwyczajona do czegoś innego. Język Jenny Erpenbeck jest oszczędny do bólu, niepokojący, z lekka psychodeliczny. Przez cały czas czytelnik czuje, że coś jest nie tak. To nie jest miła, ciepła powieść na długie, jesienno-zimowe wieczory. Zdecydowanie nie.
Prawdę mówiąc, mi od czytania tej książki robiło się zimno.

A o czym właściwie jest "Klucz do ogrodu"...?
Ha! Dobre pytanie. Chyba o upływie czasu, zmienności; o tym, jak błahe jest życie jednostki w stosunku do historii świata. Dość powiedzieć, że powieść zaczyna się w epoce lodowcowej, kiedy opisywany teren - konkretny skrawek ziemi nad jeziorem, na którym później powstał dom z ogrodem - pokrywa jeszcze gruba warstwa napierającego na niego lodu. Rzeźbi teren, topi się, tworzy strumyczki, jeziorka... Kolejne rozdziały opisują ludzi, którzy zamieszkiwali ten teren w XX wieku. Sołtysa i jego obłąkaną córkę, dziedziczkę terenu. Architekta, który odkupił fragment ziemi. Żydowską rodzinę, która do czasu zamieszkuje teren tuż nad jeziorem. Ich córkę, ukrywającą się w berlińskiej piwnicy i wspominającą szczęśliwe dzieciństwo. Parę pisarzy, młodego czerwonoarmistę... Ich losy początkowo łączą się ze sobą - część bohaterów jest spokrewniona, spowinowacona, ktoś od kogoś kupuje, komuś odsprzedaje - ale po kilku rozdziałach odkrywa się, że obecni bohaterowie nie mają bladego pojęcia o ludziach, którzy mieszkali na tym samym terenie 30-40 lat wcześniej. Nikt ich nie wspomina, nie przekazuje ich historii kolejnym pokoleniom. Jakby ich istnienie było zupełnie pozbawione znaczenia.

Obserwuje ich wszystkich tylko ogrodnik. Początkowo młody, pod koniec powieści stary, ale niezmiennie małomówny, skryty. Ogrodnik... Jest. Pielęgnuje ogród i pewnie obserwuje ludzi przewijających się przez tę okolicę, ale nie wspomina o nich późniejszym właścicielom domu, nie plotkuje, niczego nie komentuje. Jest, ale jakby go nie było. Dużo inputu, zero outputu, mówiąc językiem lingwistycznym... ;)

Czy polecam? Nie wiem. Zimno jest, dni krótkie - nie najlepsza to pora na depresyjne książki. Zdecydowanie bardziej przypadło mi do gustu słodko-gorzkie "Miasto ryb", które nadal jest moim faworytem do Angelusa. Z aż trzech nominowanych pozycji, które przeczytałam ;).

Z drugiej strony, nie mogę zaprzeczyć, że to dobra książka i całe to zmrażanie czytelnika, przygnębianie go, jest zapewne świadomym zabiegiem autorki. Powieść powinna wywoływać emocje, a "Klucz do ogrodu" robi to bardzo dobrze. Miało być melancholijnie? Jest. Nawet bardzo.

Moja ocena: 4,5/6



* Ok, rozumiem, ocenianie po okładce jest głupie i staram się już tego nie robić. Ale w takiej sytuacji, kiedy książka jest wśród ścisłych finalistów Literackiej Nagrody etc., można chyba z czystym sumieniem zaryzykować...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts with Thumbnails