sobota, 5 listopada 2011

Susan Vreeland, "Kochanka lasu"



Nnno, to teraz nawyzłośliwiam się za wszystkie czasy :P.

Oczywiście, sama jestem sobie winna. Nie ocenia się książki po okładce. Najwyraźniej nawet opis z okładki i fascynująca tematyka nie wystarcza. Książki ocenia się tylko na podstawie ocen z Biblionetki. Nie mogę nawet powiedzieć, że głupio o tym zapomniałam - bo weszłam, sprawdziłam i zupełnie to zignorowałam. Średnia książki wynosiła nędzne 3,5... Ale gdzie tam, to niemożliwe, żeby TAKA książka była słaba! To na pewno Ci, którzy ją ocenili, po prostu się nie znają. Nie docenili jej. Ja docenię.
Tak. I mam za swoje.

Ale po kolei...

Książka pani Vreeland opisuje życie kanadyjskiej malarki, Emily Carr, obecnie podobno jednej z najbardziej znanych (pośmiertnie, oczywiście) malarek tamtego rejonu. Panna Carr żyła na przełomie XIX i XX wieku - i to żyła zupełnie nie tak, jak powinna w odczuciu wszystkich dookoła. Przede wszystkim od dziecka malowała. To akurat na początku zdawało się być całkiem niegroźne - ot, dziewczynka, która namaluje sobie farbkami jamnika czy innego stwora - ale urosło do rangi wielkiego problemu, gdy do rodziny dotarło, że Emily nie jest już dzieckiem, a nadal nie rozstaje się z farbami. Ogarnięta pragnieniem zostania malarką odrzuciła propozycję małżeństwa, czego nijak nie potrafiły pojąć jej starsze, niezamężne siostry, modlące się o taką okazję. Buntowała się przeciwko Kościołowi. Po pobycie we Francji została fowistką (co nie byłoby niczym dziwnym, gdyby w tej Francji została, ale dla mieszkańców Vancouver było niesamowitym dziwactwem). A co najgorsze: przejawiała chorobliwe zainteresowanie sztuką i kulturą rdzennych mieszkańców Ameryki - czyli, dla sióstr Emily, po prostu dzikusów. Przyjaźniła się z Indianami, wędrowała ich śladami, uwieczniała w pracach ich totemy. Chciała zrozumieć indiańskiego ducha i bała się, że kiedy już to nastąpi, zostanie jej za mało życia na namalowanie wszystkiego, co pragnęła. A przynajmniej taki obraz Emily Carr wyłania się z kart powieści.
Brzmi ciekawie, prawda? Mnie przynajmniej zaintrygowało. Teraz jednak nurtuje mnie tylko jedno pytanie:

Jak można zepsuć taki temat???

Wydaje się to prawie niewykonalne. Ale pani Vreeland się to udało.

Tajemnica "sukcesu" jest w zasadzie bardzo prosta. Wystarczy używać ubogiego języka, wyprać powieść z emocji, zrezygnować z tematu przewodniego, logicznych połączeń między rozdziałami - i już, gotowe. Przez cały czas lektury miałam wrażenie, że autorka ma tylko jeden cel - jak najszybciej dotrzeć do końca. Wszystkie te opisy, przeżycia Emily... Wszystko to, co działo się "po drodze"... Zostało ledwo naszkicowane, pozbawione większego znaczenia. Wiąże się z tym brak jakiejkolwiek malarskości (błąd niewybaczalny w przypadku książki o MALARCE) i głębi psychologicznej (błąd dużego kalibru w praktycznie każdym przypadku, a w biografii już zupełnie dyskwalifikujący). Właściwie jedyną postacią o nieco głębszym rysie psychologicznym jest Indianka, Sophie - o której jednak też nie wiemy za dużo, bo Emily odwiedza ją raz na kilka rozdziałów. Sama główna bohaterka jest natomiast okrutnie irytująca w swojej jednowymiarowości. Jestem artystką. Jestem inna. Jesteście zaściankowi. Paniusie w rękawiczkach. Indianie nie mają wad, wy jesteście ich pełni. Och, jaka jestem niezwykła - potrafię spojrzeć na las inaczej niż wy! Oczywiście, Emily naprawdę różniła się od reszty rodziny i sąsiadów, ale sposób, w jaki jej odmienność przedstawia autorka biografii, nawet mnie - od dziecka zafascynowaną Indianami - doprowadzał do szału.
Autorka biegnie do końca (a czytelnik wraz z nią, błagając, by ta książka wreszcie się skończyła...), gubiąc po drodze malarskość i psychologię, a co się z tym wiąże - napięcie. Bo jak tu przedstawić emocje osoby, której psychika jest prosta jak budowa cepa? W każdej sytuacji wiadomo kto jak postąpi. Emily zadrwi, Lizzie zakryje usta z oburzeniem, Alice zmieni temat, Claude powie coś po francusku i będzie usiłował zaciągnąć bohaterkę do łóżka. Co zresztą stanowi najbardziej interesujący punkt powieści. Pamiętacie taką reklamę w telewizji...? "Dzieci, wychodźcie z wody, rekiny płyną...! - Mamo, jeszcze trochę! - Ok...". Hasłem przewodnim reklamy było "gdzie są emocje?". Pasuje do tej książki jak ulał.
A żeby nie być gołosłownym (gołosłowną?) - cytat ze sceny, która mogłaby być jedną z najciekawszych w powieści. Gdyby tylko autorka obdarzyła postaci emocjami.
- Zauważyłaś, że w życiu liczy się nie tylko sztuka? - Głos Alice drżał. Na jej twarzy widać było wypieki.
- Co się stało?
- Nie zauważyłaś, że jestem tu, choć to nie sobota?
Emily odłożyła młotek.
- O co chodzi?
- Przyszedł telegram.
- Tylko nie kolejny telegram od Dede z żądaniem natychmiastowego powrotu do domu. - Emily wbiła gwoździk jednym uderzeniem.
- Nie! - zakrzyknęła Alice. - Od Lizzie. Dede nie żyje.
- Umarła? - To niemożliwe. Emily poczuła ucisk w gardle. Obydwoma ramionami objęła siostrę, drobną przy jej piersi, i próbowała uspokoić jej spazmy. Łzy Alice zmoczyły policzki ich obu. - Jak?
Alice opadła na łóżko i wręczyła jej telegram. Zapalenie opon mózgowych. Osiem dni i odeszła.
Trzeba oddać autorce minimalną sprawiedliwość. Emily nienawidziła swojej starszej siostry, zresztą z wzajemnością. Ale to też daje przecież takie pole do popisu! Co prawda nigdy nie przeżyłam śmierci mojej znienawidzonej starszej siostry, ale domyślam się, że w sercu prawdziwej Emily musiały ścierać się ze sobą najróżniejsze uczucia. Smutek, szok, lojalność wobec członka rodziny - a z drugiej strony ta paląca nienawiść i wolność, którą zyskała dzięki śmierci Dede. U Vreeland zamiast tego dostajemy bezpłciowe rozważania Emily o ulotności życia i stwierdzenie, że i tak była starsza niż ich matka w chwili śmierci. Naprawdę, nawet ja skonstruowałabym tę scenę lepiej.

Do tego dochodzi nudny, mało urozmaicony język. Autorka (albo tłumaczka?) uwielbia krótkie zdania, które być może miały nadawać powieści dynamiki, ale po dłuższym czasie zaczynają brzmieć po prostu nieudolnie. Zdarzają się nawet ewidentne błędy składniowe - o co akurat trudno winić autorkę. Mimo to nie wierzę, że mizerna kondycja tej powieści to wina wyłącznie tłumaczki. Żaden tłumacz nie przetłumaczyłby całego akapitu z dwuwyrazowych zdaniach. A przynajmniej taką mam nadzieję.
Znów parę cytatów, które rzuciły mi się w oczy do tego stopnia, że aż je pozakreślałam...

Na początku nie jest tak źle:
- Lekarstwo. Pochodzi z grzyba na bardzo starym świerku. Świerk to silne lekarstwo. - Roztarła maź na drugim policzku. - Używam go, żeby być bliżej ziemi w okresie krwawienia. Żebym była silna. Żebym miała dzieci. Więcej dzieci.
Emily spojrzała na lśniącą substancję w torebce. Billy zbliżył do niej pysk, więc odepchnęła go. Kichnął. Wciągnęła piżmowy zapach.
Też powinna być silna. Żeby jechać do Paryża. Rodzić obrazy. Więcej obrazów.
 Potem, niestety, coraz gorzej:
Powoli w ciemności zaczęło szarzeć. Na krześle siedział ledwo widoczny mężczyzna. Emily krzyknęła. Billy zaszczekał. Deszcz pochłonął oba dźwięki. Chwyciła psa za kark. Niewyraźny zarys kapelusza dotykał dachu.
Jessica spojrzała na wazon w kształcie totemu z Krukiem, a potem uniosła okrągły garnek z łososiowym wzorem Sophie na brzuchu. Wyślizgnął jej się z rąk i rozbił na podłodze. Odłamki i kamyki potoczyły się po pokoju. Jessica jęknęła. Tantrum zaszczekał. Joseph zaskrzeczał. Andre przybiegł po schodach, Billy tylko mruknął.
A na koniec - mój nr 1:
Dyrektor rzucił jej puste spojrzenie, najwyraźniej nie chcąc, by odpowiedzieć choćby jedną sylabą.
Nie mogłam zdecydować się, jaką ocenę wystawić tej powieści. Myślałam o trójce. W miarę czytania (i nudzenia się...) coraz bardziej przychylałam się do 2,5 - z czystej złości na autorkę, że zmarnowała taki potencjał. Szlag mnie trafia, kiedy pomyślę sobie, co zrobiłby z tą samą historią Irving Stone. Pod koniec trochę złagodniałam, bo ostatni duży rozdział czytało mi się niespodziewanie dobrze. Autorka zniszczyła to własnoręcznie - posłowiem, w którym wyznała, że pracowała nad tą książką 17 lat. Nie. Nie, nie, nie - to nie jest godny owoc siedemnastu lat pracy. 2,5. I koniec kwestii.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts with Thumbnails