wtorek, 1 listopada 2011

Georges Bizet, "Carmen"

W operze płyną łzy; każda kobieta wyobraża sobie, że jest piękna i uwodzicielska jak Carmen, każdy mężczyzna przypomina sobie godziny własnego zachwytu, tak podobne do oczarowania, jakiemu uległ nieborak Jose, i przywołuje w pamięci chwile triumfu, w których jak Escamillo czuł, że był naprawdę kochany.   

Aha, zaraz rzuci kwiatka!
Można by rzec - klasyka opery. Miłość, Hiszpania, Cyganie, piękne arie... Carmen znają prawie wszyscy. Ja, nawrócona na operę po latach teatru, poznałam ją dopiero trzy dni temu. Poszłam do Opery Novej spodziewając się niezwykłego, wzruszającego wieczoru. I, jak to nieraz bywa z klasykami i takimi tam... Kiedy się człowiek nasłucha jakie to coś jest piękne i wspaniałe, to tworzy sobie wizję, do której rzeczywistość nie dorasta. Niestety.

Nie wiem, z czego wynika moje lekkie rozczarowanie Carmen. Może to wina tego, że to klasyka i z definicji powinna być wspaniała, lepsza od wszystkich innych. Może tego, że I. był na niej już trzy razy i naopowiadał mi, że to najpiękniejsza opera, jaką kiedykolwiek widział, więc oczekiwania miałam spore. A może po prostu tego, że zdarzyło mi się przeczytać wyrywkowo książkę Propera Merimee, więc opera nijak nie potrafiła wzbudzić we mnie ciekawości z gatunku "co będzie dalej?". Patrzyłam na scenę jak na ekranizację znanej książki. Aha, fabryka cygar. Rzuci kwiatka. Hmm, dalej nie czytałam, ale jakoś się znalazł w tej kryjówce. O, jest. To teraz będzie to... Co najgorsze, znałam również zakończenie. Suspensu brak.


A może po prostu przyzwyczaiłam się już do tego, że w naszej operze jest zawsze pięknie, kolorowo i baśniowo? Dekoracje są przepiękne, stroje tak samo. Na wokalu się nie znam - słyszę tylko, jeśli ktoś fałszuje - ale jedynym śpiewakiem, do którego miałam zastrzeżenia, był Escamillo (Krzysztof Cagan). Chociaż I. tylko dziwnie na mnie spojrzał, kiedy to powiedziałam. Może dlatego, że chwilę wcześniej zachwycał się, jak Escamillo pięknie śpiewa...

Niby wszystko grało. Stroje, dekoracje, śpiew... Gra aktorska również stała na wysokim poziomie, szczególnie w przypadku Carmen (Monika Ledzion) - zero sztuczności, jakby naprawdę taka była. Przepiękny balet (uwielbiam zwłaszcza Olgę Marczak). Do tego arie, które są powszechnie znane: Habanera, Aria torreadora... A jednak czegoś mi zabrakło. Jakiegoś dreszczu zaskoczenia? Sprawiedliwości? Sympatii do bohaterów? Na dobrą sprawę jedyną postacią, którą polubiłam, była Michaela. Trochę mało jak na tak te tłumy, które przewijały się po scenie.

No nic. Moje subiektywne odczucie. Zresztą, ten post brzmi chyba bardziej marudnie niż powinien. Carmen całkiem mi się podobała - tyle tylko, że nie jestem nią jakoś szczególnie oczarowana. Moim numerem jeden bydgoskiej opery jest chyba jednak Nabucco... Ale z całą pewnością nie żałuję, że spędziłam te trzy godziny w operze, przenosząc się w kolorowy i bardzo dziwny świat.

Pięknie, kolorowo i baśniowo

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts with Thumbnails