środa, 26 października 2011

Po spotkaniu

Zgodnie z przewidywaniami, udało mi się dotrzeć na spotkanie autorskie z Natalką Babiną. Zaczęło się trochę ponad 4 godziny temu, czyli o 18:00 (no, z małym poślizgiem) w Piwnicy Farnej na poznańskim Placu Kolegiackim. Skończyło po jakiś dwóch godzinach. Nie mam specjalnego doświadczenia, jeśli chodzi o takie spotkania - szczerze mówiąc, dopiero drugi raz brałam udział w czymś takim - ale zdaje mi się, że trwało stosunkowo długo. Bo też pytań było dużo, a i odpowiedzi były zazwyczaj treściwe...


Przyszliśmy tam - ja i I., mój narzeczony - praktycznie na ostatnią chwilę (w czym sporą zasługę mają poznańskie tramwaje). Nie sądziliśmy, że będzie to jakimkolwiek problemem. A tu zonk. W piwnicy panował już tłok, a wszystkie miejsca siedzące były zajęte. Moja wizja spokojnego kąta,  z którego będę mogła obserwować całe spotkanie, w jednej chwili runęła.

Korzystając z tego, że spotkanie jeszcze się nie zaczęło, a I. stanowczo odmawiał zajęcia miejsc na samym przodzie, obfotografowałam "eksponaty". Na jednej gablotce wystawione były egzemplarze Miasta ryb w ilości gromadnej. Na pozostałych - dwumiesięczniki dotyczące relacji Polski z krajami Europy Wschodniej, które pierwszy raz widziałam na oczy. To, że zapomniałam własnego Miasta..., nawet mnie nie zdziwiło... Ustawiliśmy się z tyłu, niedaleko baru. Ale że bez przerwy ktoś wchodził, wychodził, zamawiał kawę etc., było tam dość tłoczno i głośno. Właściciele piwnicy sami wygonili nas "na jakiekolwiek miejsca" - czyli de facto właśnie na ten nieszczęsny "sam przód", na który I. tak bardzo nie chciał iść. Mnie nieszczególnie to przeszkadzało. Ostatecznie zajęłam miejsce idealnie naprzeciwko autorki; dość krępujące, bo często patrzyła prosto na mnie, ale za to jakie korzystne! Nie było mowy o tym, żebym mogła czegokolwiek nie dosłyszeć albo nie zauważyć...

Rozmowa kręciła się głównie wokół tematu tożsamości. Dla mnie jest on, muszę przyznać, trochę wydumany. Gdyby ktoś zapytał mnie: "jak definiuje pani swoją tożsamość?", zapewne nie miałabym pojęcia, co na to pytanie odpowiedzieć. Natalka Babina wiedziała. Bo dla niej, w przeciwieństwie do mnie, nie jest to wcale oczywiste. Kim jest? Rosjanką? Białorusinką? Ukrainką?
Wyobraźcie sobie las nad rzeką, w tym lesie małą wioskę. W tej wiosce rodzi się dziewczynka. Kończy 7 lat, idzie do szkoły. I nagle zaczyna zauważać, że coś jest nie tak. Nie wie jeszcze co, ale czuje, że coś tu nie gra. Co to za język, ten szkolny? My tak nie mówimy!
Edukacja na Białorusi odbywa się w języku rosyjskim. O tym dziewczynka wiedziała. Pytanie brzmiało: po jakiemu w takim razie ja mówię? Rosyjski to to nie jest! Olśnienie spłynęło na nią podczas lektury któregoś z utworów Tarasa Szewczenki. Przeglądając książkę brata dziewczynka z trudem odcyfrowywała literki: a obrotnoje, "i" z "umlautem" - a kiedy jej się to udało, przeżyła szok. To jest to! Tak mówimy!
A skoro tak, jesteśmy Ukraińcami!
Podsumowanie pani Babiny może wydać się trochę zagmatwane Polakowi z dziada pradziada. Etnicznie jestem Ukrainką, politycznie - Białorusinką. Swoją ukraińskość autorka podkreślała na spotkaniu wielokrotnie. Na dość trudne pytanie dotyczące klasyfikacji językowej dialektów okolic Brześcia odpowiedziała po prostu: Nie jestem lingwistą i nie mam dość kompetencji, żeby się na ten temat wypowiadać, ale od praktycznej strony mogę pana zapewnić: to JEST ukraiński.


Nie obyło się również bez dyskusji politycznych. Nawet pan prowadzący spotkanie przyznał, że stwierdzenie To nie jest książka o Łukaszence, nad którym wyzłośliwiałam się trochę w poprzednim poście, jest raczej chwytem reklamowym niż prawdą. Polityki jest w tej książce sporo i choć nazwisko Łukaszenki pada tam tylko raz, to jednak wiadomo, że Tarasienka stanowi jego alter ego. Co ciekawe (a jednocześnie straszne, przykre i... w pewien sposób śmieszne) te 86%, o których również już wspominałam, jest autentyczną, "magiczną liczbą" prezydenta. Łukaszenka naprawdę wygrywa właśnie takim stosunkiem głosów, naprawdę tyle wynosi frekwencja wyborcza, itd., itp. Wyjątek stanowią ostatnie wybory, podczas których miły, wesoły pan Łukaszenka "zdobył" 89% głosów.
Wiedziona ciekawością przełamałam nawet moją zwykłą nieśmiałość i zdobyłam się na zadanie pytania, które nurtowało mnie już podczas pisania poprzedniej notki. Jak to możliwe, że ta książka się ukazała? Chwilę wcześniej padło pytanie o popularność Miasta ryb na Białorusi - autorka wprawdzie nie potrafiła powiedzieć, jak bardzo książka jest znana (skromność?), ale przyznała, że pierwszy nakład został w całości wyczerpany i trzeba było zrobić dodruk, a to ponoć rzadkość. Narobiła więc trochę szumu, a przynajmniej nie pozostała niezauważona. A skoro tak, to jak to się stało...? Sformułowałam to pytanie trochę inaczej: Czy podczas pisania książki nie bała się pani reakcji władz? Bo książka jest raczej krytyczna i prześmiewcza...
Cóż - tym razem odpowiedź była niezwykle krótka. I dość dosadna:
Podoba mi się rosyjskie przysłowie: "Jeśli mielibyśmy się bać wilków, w ogóle nie chodzilibyśmy do lasu". A poza tym, nie ma obawy - nasze władze nie czytają. A po białorusku to już na pewno nie!
Wot, cała tajemnica nietykalności ;).
Wśród osób zadających pytania losowano "zwycięzcę", który otrzymał pierścień - podobno wzorowany na tych, jakie, w wyobraźni autorki, znaleźli ostatecznie Ałka, Uljanka i reszta nie do końca wesołej gromadki. Ku mojemu zdziwieniu, zwycięzcą zostałam ja. Choć zdaje mi się, że tych pierścieni mogło być więcej - ten, który prezentowała pani Natalka, miał chyba zielone oczko. A mój wygląda o, tak:


Co nijak nie zmienia faktu, że będzie miłą pamiątką po spotkaniu. Skoro już zapomniałam przynieść książki po autograf. Mam przynajmniej pierścień! :)

1 komentarz:

  1. Oooo, gratuluję (*_________*)

    Interesująca relacja. Z ciekawości poszukam tej książki xD

    OdpowiedzUsuń

Related Posts with Thumbnails