poniedziałek, 24 października 2011

Natalka Babina, "Miasto ryb"



Babcia cisnęła kijem w kurę. Babcia nigdy nie rozstaje się z kijem: orzechowym, nieokorowanym, zaostrzonym. To symbol i narzędzie, przy czym narzędzie władzy. Ciska kijem w kurę, polanem w kota, kołkiem w krowę. Cała babcia. Inna sprawa, że nigdy nie trafia. Kura dla porządku zatrzepotała skrzydłami i odskoczyła od ganku, na który właśnie zmierzała.
- Kob tebe de! – krzyczy babcia. To jej ulubione przekleństwo. Nie wiem, co może znaczyć.
Podnoszę kij i podaję babci. Babcia myje się w starej, rdzewiejącej umywalce. Okulary położyła na półeczce, kij oparła o sosnę. Chuda, niższa niż kiedyś, prawie ślepa. Władcza, toporna twarz wyschła i wyszlachetniała. Wnuki miejscowych, które przyjeżdżają na wieś na wakacje, nazywają ją wiedźmą. Niepewnymi ruchami babcia chlusta garście wody w oczy. Przejrzysta studzienna woda płynie po jej pomarszczonych policzkach z ciemnych, prawie czarnych rąk. W spękania na palcach i dłoniach, w pory skóry głęboko wżarła się dobratycka ziemia. Tymi rękami, których nigdy nie uda się już odmyć, babcia wychowała mnie i uchowała, a ja swoimi czystymi nie potrafiłam uchować córeczki...
- Babciu, gdzie nasz kosz?
Dobrze wiem, gdzie jest kosz. Ale kiedy będę miała dziewięćdziesiąt siedem lat, moja wnuczka nie zapyta mnie o cokolwiek, byle tylko usłyszeć mój głos. Nie poprosi, żebym spróbowała zupę, którą gotuje na obiad: może za mało soli? Bo ja nigdy nie będę miała wnuczki...

Miasto ryb Natalki Babiny kupiłam pod wpływem absolutnie nierozsądnego impulsu. Książka była na tyle nowa, że nie miała jeszcze recenzji ani ocen, więc – co rzadko mi się zdarza – nie miałam pojęcia, czy okaże się lekturą genialną, czy zupełnym gniotem. Przyciągnęła mnie do niej tylko i wyłącznie Białoruś: ojczyzna autorki i miejsce akcji powieści. Nie mam o tym kraju zbyt wielkiego pojęcia i nigdy nie czytałam – ani nawet nie widziałam! – książki, którą napisałby ktoś stamtąd, więc automatycznie rozbudziła moją ciekawość. Ach, i ten opis z tylnej okładki! Białoruś cywilizowana! Z laptopami, internetem! I w dodatku: Ta książka nie jest o Łukaszence!

Opis z okładki, jak zwykle, średnio ma się do tego, co znajduje się na kartach powieści. Przede wszystkim książka ani trochę nie obala stereotypów na temat Białorusi, które pokutują w głowie przeciętnego Polaka. W wizji Babiny panuje tam jedno wielkie bezprawie. Nie ma mowy o demokratycznych wyborach, opozycja bez przerwy narażona jest na aresztowania pod byle pretekstem (nieraz wymyślonym...), korupcja ma się świetnie, a bogaty przedsiębiorca może bez przeszkód (ani jakiejkolwiek ingerencji ze strony policji) zastraszyć mieszkańców wioski i zmusić ich do sprzedaży ziemi, którą uprawiają od lat. Laptopy nie ratują sytuacji. Nadal jest to dzicz – trochę bardziej rozwinięta cywilizacyjnie, to prawda, ale jednak dzicz.
Ciężko też uznać, że ta książka nie jest o Łukaszence. To, że u Babiny prezydent Białorusi nazywa się Tarasienko, naprawdę nie znaczy, że chodzi o kogoś innego. Nie wiem, jakie były koleje powstawania i wydania tej powieści, ale szczerze mówiąc, dziwię się, że w ogóle została dopuszczona do druku. No, chyba że tylko za granicą... W moim odczuciu ta książka bardzo często porusza temat rządów Łukaszenki. Dość powiedzieć, że jednym z głównych motywów powieści są zbliżające się wybory prezydenckie i kampania wyborcza, w której bierze też udział mąż głównej bohaterki. Kobieta dowiaduje się o tym dopiero z telewizji i od pierwszej chwili jest tym pomysłem przerażona. Czy on zgłupiał? Zniszczą go! Mąż wprawdzie zniszczony nie zostaje, ale łapówka i groźby szybko przekonują go do rezygnacji z tego karkołomnego pomysłu. Zresztą, nawet gdyby dotrwał do końca kampanii, nie miałoby to żadnego znaczenia, bo – o czym mieszkańcy Dobratycz mówią bez ogródek i nawet bez zdziwienia, jedynie ze smutną rezygnacją – wyniki i tak będą sfałszowane. Pewnie po wyborach okaże się, że zwyciężył zbierając osiemdziesiąt sześć procent „za”. Bo niby dlaczego tak im zależy akurat na osiemdziesięciu sześciu? Poszaleli. Zero wyczucia. Choćby dla przyzwoitości mogliby się ciut maskować. Mają nas za kompletnych idiotów. A sami są durni i tyle.

Na Biblionetce ktoś określił Miasto ryb jako książkę niemożliwą. I rzeczywiście, to całkiem niezłe określenie. Ciężko napisać zabawną, błyskotliwą powieść kryminalno-fantastyczną, której główną bohaterką jest pięćdziesięcioletnia, bezdzietna była narkomanka, z trudem odbijająca się od dna i lecząca smutki alkoholem. Swoją drogą, nie mając w związku z tym żadnych wyrzutów sumienia. Miasto ryb jest niezwykłe właśnie przez to słodko-gorzkie połączenie. Zabawne dialogi, nieraz zupełnie szalone zachowania bohaterów, piękno dobratyckiej przyrody – a z drugiej strony smutna, bolesna przeszłość, poczucie zmarnowanego życia i bezsilność w walce z otaczającą bohaterów niesprawiedliwością. Niby to kryminał – w wiosce ma miejsce morderstwo i bohaterka (wraz z siostrą) próbuje ustalić, kto za nim stoi – ale jednocześnie krytyka białoruskiej polityki, trochę powieści przygodowej (poszukiwanie skarbu! Och, jak dawno czegoś podobnego nie czytałam!), a nawet odrobinka fantastyki: bohaterka, Ałka, potrafi zobaczyć obrazy miejsca, w którym właśnie się znajduje, ale sprzed wielu, wielu lat. W jednej z takich wizji pada nawet nazwisko Piłsudskiego...
Styl autorki nieodmiennie kojarzył mi się z Joanną Chmielewską. I to tą z „Wszyscy jesteśmy podejrzani” i reszty mojej ulubionej trylogii „z Diabłem”. Czyli: podobał mi się, i to bardzo. Początek powieści jest dość chaotyczny i może być odstraszający, ale uwierzcie mi – od strony 23. akcja nabiera sensu i wciąga czytelnika aż do samego końca.
No właśnie, a ten koniec...? Cóż, spodziewałam się czegoś... Normalniejszego. Ale zdaje mi się – ciężko w tym przypadku wydawać jakieś zdecydowane sądy – że niesie w sobie spory ładunek nadziei na przyszłość i nowy początek.

A właściwie, dlaczego zaczynam moje prowadzenie bloga od tak dziwnej powieści...?
I póki co, wszystkie znaki na niebie wskazują na to, że się na tym spotkaniu pojawię :).

Dziękuję serdecznie Helineth, Karolowi i Luizie za odwiedzenie mnie już na samym początku i miłe słowa. Cieszę się bardzo, że sam mój blogowy pomysł Was zainteresował... I mam nadzieję, że nie poczujecie się zawiedzeni :).

3 komentarze:

  1. Z małym poślizgiem komentarz, ale mam nadzieję, że wybaczysz.^^'

    Jak Ty pięknie piszesz (styl mam na myśli^^') o tej książce! xD Liczę na więcej recenzji/wrażeń z podróży w literackie światy.

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziękuję! :) Nowe wrażenia z pewnością się pojawią, kiedy tylko skończę (tak jak zresztą pisałam u Ciebie...) "Kochankę lasu". Jestem trochę zapracowana (odwiedzanie wszystkich zmarłych krewnych w promieniu 100km nie polepsza sprawy ^^), a i powieść jest średnio porywająca, więc woooolnoooo mi idzie, niestety... Ale muszę ją w końcu domęczyć - kolejne 2 książki już czekają w sklepie na odbiór i mam na nie wielką ochotę :).

    OdpowiedzUsuń
  3. W takim razie będę cierpliwie czekać xD

    OdpowiedzUsuń

Related Posts with Thumbnails