sobota, 31 grudnia 2011

Koncert Sylwestrowy 2011

Zapowiadałam szumnie, że opera będzie jednym z głównych tematów tego bloga - a tu, jak na złość, krótko po założeniu "Świata w zwierciadle" szał na operę mi przeszedł. Przedtem przez pewien okres gościłam w bydgoskiej Operze Nova prawie co tydzień i najzwyczajniej w świecie przejadło mi się to. W efekcie ostatnim spektaklem, na jakim byłam, była "Carmen", o której pisałam już jakiś czas temu. Chyba nawet w październiku...? Od tamtej pory nie miałam na operę ani czasu, ani ochoty...

W prezencie gwiazdkowym dostałam jednak bilet na koncert sylwestrowy. Trochę oszukany, bo nie na samego sylwestra, a jeden dzień wcześniej... Wczoraj wieczorem przełamałam więc złą passę i nareszcie, po długiej przerwie, znów odwiedziłam operę - w dodatku w najlepszym z możliwych humorów, bez towarzyszącego mi przy poprzednich spektaklach lekkiego zniechęcenia. Byłam już na takim koncercie rok temu i bardzo mi się podobało. Coś jak koncert sylwestrowy w filharmonii (na których bywałam regularnie w dzieciństwie i było to najbardziej emocjonującą częścią całego świętowania nadejścia nowego roku), tyle że z dodatkiem wizji. A gdzie jak gdzie, ale w bydgoskiej operze jest na co patrzeć...

W ubiegłym roku koncert podzielony był na dwie części. Pierwsza była klasyczna, operowa, druga nowoczesna i bardziej rozrywkowa. Tym razem już podczas pierwszej połowy pojawiły się współczesne piosenki... Nie, Rihanna nie przyjechała, nie aż tak współczesne. Trochę już starszawe, ale dobrze znane i popularne. Dużo piosenek francuskich. Nie próbowałam specjalnie wyłapywać z tekstu słówek, więc aż zamarłam z przerażenia, kiedy zaatakowało mnie ze sceny 'raison...'*.

Nie przepadam za tymi przebojami. Oczywiście, same w sobie mi nie przeszkadzają, czasem nawet fajnie ich posłuchać... Ale nie po to idę do opery, żeby słuchać "Bananowego songu".

Podczas przerwy nawet cieszyłam się ze zmiany formuły - że wymieszali te przeboje z operą, więc druga połowa nie będzie dla mnie stracona. Bo byłam święcie przekonana, że będzie wyglądała tak samo: trochę opery, trochę przebojów. A tu przykra niespodzianka. Nic nie zostało "wymieszane" - po prostu wycięto sporo opery z pierwszej połowy, nie dodając jej w drugiej... Druga połowa była całkowicie "przebojowa", bez choćby jednego utworu operowego. Szczerze mówiąc, wynudziłam się na niej okrutnie i z trudem powstrzymywałam się od patrzenia na zegarek. Podobały mi się w niej może z dwa utwory...

Oczywiście, plusów całego koncertu było mnóstwo. Nawet najnudniejsza piosenka nabierała uroku w połączeniu z dekoracjami - nie tylko, jak zwykle, przepięknymi, ale też dowcipnymi. Wśród obrazów malowanych na paryskiej ulicy znalazło się miejsce na portret dyrygenta, a na straganie z jabłkami ceny różniły się znacząco w zależności od kraju produkcji. Jabłka krajowe - 6,99, jabłka UE - 12,99, jabłka chińskie - 1,20. Soliści radzili sobie doskonale; nie podobała mi się tylko nieznana mi bliżej piosenka, śpiewana przez panią Krystynę Nowak. Solistka zrehabilitowała się jednak w 100% w przepięknej wokalizie (jeden z dwóch podobających mi się występów w drugiej połowie), jeszcze piękniejszej dzięki gościnnemu występowi artystki z Gdyni, zajmującej się baletem akrobatycznym. Na żywo robi to zdecydowanie większe wrażenie niż w oglądanym na małym telewizorku "Mam talent"... Nawet Cezary Pazura całkiem sobie radził jako prowadzący.

Tylko co z tego, skoro dobór repertuaru był - w moim odczuciu, oczywiście - strasznie słaby? Za mało opery w operze. No i te żarty pana Pazury... Ile można śmiać się z tego, że kobiety mają duże torebki albo kosmetyczki? I że kupują dużo kosmetyków? Ten temat był już w ubiegłym roku. Czy naprawdę jedyny temat przewodni, jaki można wymyślić na tego typu imprezę, to różnice między kobietami a mężczyznami? Nie mówiąc o tym, że niektóre żarty były jednak, jakby nie patrzeć, niestosowne. Na takie koncerty chodzą najróżniejsi ludzie. Dzieci też. Gdybym sama była tam z dzieckiem, chyba nie byłabym zachwycona...

Jestem trochę rozczarowana tym koncertem. Choć cieszę się, że na nim byłam. Trochę odżyła we mnie operowa pasja.

No i odkryłam ciekawą rzecz: do baletu dołączyły dwie Japonki! Mina Kobayashi i Kaori Koiwai. Obie młodsze ode mnie...



* Raison to po francusku winogrono. Po sierpniowym winobraniu we Francji nie ma mowy, żebym tego słówka zapomniała. Któregoś dnia koledze nawet śniły się w nocy i ponoć wołał przez sen: raison... raison... c'est un cauchemar...

środa, 28 grudnia 2011

Nagroda Conrada

Jestem właśnie w trakcie tłumaczenia opowiadania, które jakoś opornie mi idzie. Moje próby zmuszenia się do pracy w momencie, kiedy pracować mi się nie chce, skutkują zazwyczaj sporą kreatywnością z gatunku "co zrobić, żeby się nie uczyć?". Tym razem nie było inaczej - po dwóch stronach tekstu westchnęłam ciężko i wyruszyłam na podbój internetu. Wyjątkowo jednak nie tylko zmarnowałam dobre pół godziny, ale też wyczytałam coś ciekawego...

Na stronie Biblionetki odkryłam notatkę autorstwa Engi na temat przyznanej niedawno Nagrody Conrada. Nie wiem o niej nic więcej niż to, co właśnie przeczytałam, pozwolę więc sobie skopiować tu całą notatkę. Tekst nie jest mojego autorstwa i nie roszczę sobie do niego absolutnie żadnych praw - chcę tylko podzielić się informacją:

Nagroda Conrada jest przyznawana za konsekwencję w twórczości literackiej, innowacyjność formy, łamanie stereotypów i uniwersalność przesłania. Jej laureata wybiera polsko-ukraińskie jury.

"Na Ukrainie jest bardzo wiele nagród literackich, chyba ponad sto. Przyznaje się je po znajomości, na absolutnie niezrozumiałych zasadach. Nagroda im. Conrada od samego początku utrzymuje natomiast wysoki poziom uczciwości. Chciałabym, by ten przykład przyświecał i nagrodom ukraińskim" - powiedziała Śniadanko w rozmowie z dziennikarzami.

Zwyciężczyni konkursu otrzymała 3 tysiące euro, oraz półroczne stypendium w Polsce w ramach programu stypendialnego ministra kultury i dziedzictwa narodowego RP "Gaude Polonia".

Oprócz Śniadanko w finale tegorocznego konkursu im. Conrada znalazła się mieszkająca także we Lwowie pisarka Marianna Kijanowska, oraz poeta i prozaik z Kijowa, Andrij Bondar. Wszyscy nominowani do nagrody tłumaczą na język ukraiński literaturę polską.

Nagroda im. Conrada wręczana jest co dwa lata od 2007 r. Jej pierwszym laureatem był pisarz Taras Prochaśko, reprezentant tzw. fenomenu stanisławowskiego, którego głównym przedstawicielem jest Jurij Andruchowycz. W 2009 r. w konkursie zwyciężył Serhij Żadan, pisarz i tłumacz z Charkowa.

(PAP)

Niezmiernie cieszy mnie fakt, że zarówno nazwiska autorów, jak i okładki ich książek coś mi mówią :).

wtorek, 27 grudnia 2011

Skóra, w której żyję // La piel que habito

Filmowo się tu zaczyna robić. Dziwne to jak na "jedyną znaną mi osobę, która nie lubi oglądać filmów"... Wszystko to zasługa świąt i kilku dni wolnego, które spadły mi z nieba. Nareszcie mam chwilę na zwolnienie i ogarnięcie się...
Nieswojo się czuję recenzując filmy. Przy książkach wiem, że znam się na tym, na czym piszę. W kwestii filmów czuję się (i zapewne jestem) amatorką...

8/10

To moje drugie spotkanie z twórczością Pedro Almodóvara. Pierwszym jego filmem, który obejrzałam, było Volver i wspominam ten seans bardzo dobrze. Temat trudny, szokujący wręcz i pogmatwany, ale podany w przyjemny sposób. Nastrojowy, efektowny i przez większą część filmu zabawny. Zresztą, Volver jest chyba zaliczane do komedii... Dochodzi do tego Penelope Cruz, która mi tam akurat niespecjalnie robi różnicę, ale dla męskiej części widowni może być istotną zaletą filmu. Od czasu tego seansu kiełkował we mnie zamiar obejrzenia jeszcze czegoś z Almodovarowych filmów i gdy kilka miesięcy później w całym mieście pojawiły się plakaty Skóry, w której żyję w pierwszej chwili chciałam rzucić się do kina. Ale ten plakat jakiś taki dziwny i recenzje mówiły, że niealmodovarowy ten film... Zrezygnowałam. Do wczoraj.

Jak widać, nijak nie można nazwać mnie specjalistką od Pedro Almodóvara. Ale mimo to pozwolę sobie na to spostrzeżenie: ten film JEST almodovarowy. Przynajmniej w porównaniu do Volver. Jest chłodniejszy, jakiś taki... sterylny, szpitalny, historia jest inna, elementów humorystycznych brak - lecz i tak czuje się w tym coś nieuchwytnego, trudnego do określenia, a jednak tak charakterystycznego dla tego reżysera. Nie umiem tego nazwać, ale to siedzi głęboko w nastroju filmu, w tym napięciu, klimacie... Almodovarowe są też dziwactwa, zwłaszcza dość specyficzne podejście do erotyki. Szukam w pamięci i szukam, ale nie mogę przypomnieć sobie choćby jednej normalnej sceny łóżkowej. Z wszystkimi jest coś nie tak. 

Film, jak już wspomniałam, komedią zdecydowanie nie jest. Zaśmiałam się na nim raz, i to niezbyt głośno. Atmosfera jest dość ciężka i śmiertelnie poważna. Podobnie jak sama fabuła, w której brakuje jakichkolwiek akcentów humorystycznych, za to jest w niej parę scen tak dziwnych, że opadła mi na nich szczęka. Jednocześnie jednak film nie jest wybitnie przygnębiający. Oglądało mi się go trochę jak przez szklaną szybę, która zamazuje obraz, filtruje emocje i nie pozwala im zalać widza...

Fabuła filmu sama w sobie jest poplątana, a brak chronologii tylko dodatkowo ją komplikuje. Pomysł na Skórę, w której żyję opiera się właśnie na zaskakującej fabule, zdradzenie jej byłoby więc czystą złośliwością wobec czytających. Sam początek wygląda mniej więcej tak:
W białym pokoju siedzi piękna kobieta w obcisłym, beżowym kombinezonie. Ćwiczy jogę.
Odkrywamy, że kobieta jest uwięziona w domu Antonio Banderasa.
Antonio przeprowadza na kobiecie dziwną operację. Zostają blizny.
Na sympozjum lekarskim Antonio opisuje idealną sztuczną skórę, którą stworzył.
Znajomi Banderasa przebąkują coś o podobieństwie Very. Do kogo? Tajemnica.
I tak dalej, i tak dalej. Puzzle składają się ostatecznie w stuprocentowo logiczną układankę i obraz, który mamy przed oczami pod koniec filmu jest zupełnie jasny, ale na zrozumienie "o co właściwie chodzi" trzeba trochę poczekać. Pojawiające się w połowie filmu "6 lat wcześniej" dodatkowo wszystko zapętla.

Co mi się nie podobało? Głównie sam motyw ognioodpornej skóry. Po pierwsze: co to niby za obsesja, o której piszą ludzie w recenzjach, skoro między wypadkiem żony doktora a rozpoczęciem eksperymentów nad idealną skórą minęło dobrych parę lat? Wydawać by się mogło, że któregoś wieczoru Banderasowi przyszło do głowy: o, mam w domu pacjentkę, na której sobie eksperymentuję, może by tak zrobić jej sztuczną skórę? Po drugie: co ta nieszczęsna skóra miała właściwie do głównej fabuły filmu? Wydaje mi się, że jednak co innego było tu głównym problemem i zdaje mi się, że Vera by się z tym zgodziła. Po trzecie: beżowy kombinezon. To miała być ta skóra? Bo jeśli tak, to coś Banderasowi nie wyszła. Naturalnie to to nie wyglądało. A jeśli nie, jeśli kombinezon miał np. podtrzymywać "przylepioną" do ciała Very skórę, to czemu nie nosiła niczego na tym? Uwaga techniczna mojego taty: mogliby się chociaż postarać udać, że ta dziewczyna nosi to na gołe ciało, a nie, że odciskała jej się bielizna...

A co mi się podobało...? Cóż - najkrócej byłoby powiedzieć "reszta". Elena Anaya w niczym nie ustępuje Penelopie Cruz. Bohaterowie są tak popaprani, że ciężko właściwie kogokolwiek z nich potępiać. Nawet Banderas, przerażający w swoim chłodnym opanowaniu, wzbudza współczucie jako biedny, samotny człowiek z "genem szaleństwa". Muzyka jest niesamowita (słyszałam gdzieś tam skrzypce...?) i bardzo mocno buduje klimat filmu. Suspens był, emocje były, nastrój był. Nie mam na co marudzić...

Zarzuca się Almodóvarowi, że się kończy, że jego kolejne filmy są coraz gorsze, że ich fabuły nadawałyby się do brazylijskich telenowel. Nie wiem, czy są gorsze czy nie - za mało ich widziałam. Nie oglądam brazylijskich telenowel, więc w tym temacie też nie bardzo mogę się wypowiedzieć. Niespecjalnie mnie to zresztą obchodzi - i tak to kupuję. Podoba mi się styl Almodówara, wciąga mnie ten klimat i jego filmy, nie wiem czemu, nie nudzą mnie. Rzadko się zdarza, żebym podczas oglądania filmu nie zerkała na zegarek i nie niecierpliwiła się ani trochę. Tu tak było. Pełne skupienie przez cały czas.
I choć podejrzewam, że jego pozostałe filmy będą równie porąbane jak ten, któregoś dnia z chęcią je obejrzę.

poniedziałek, 26 grudnia 2011

Lapońska odyseja // Napapiirin sankarit

 

6/10
 
Z bliżej mi nieznanych powodów fascynuje mnie Finlandia. Zimno tam, ciemno, płasko... Wszystko to, czego najbardziej nie lubię. A jednak jakoś mnie tak ciągnie i marzę wciąż o tym, żeby kiedyś odwiedzić ten kraj. Być może to zasługa "odkrytych" w internecie Finów, z którymi zdarzyło mi się korespondować? Wszyscy byli naprawdę ciekawymi, niezwykłymi ludźmi, a ich podejście do życia było dziwnie podobne do mojego. Może życie tam, na północy, gdzie jest zimno i ciemno, zmusza człowieka do większej refleksyjności...?
A może to zasługa języka - tak innego, ledwo spokrewnionego z polskim i innymi europejskimi językami? Fiński (do spółki z estońskim i węgierskim) nie jest językiem indoeuropejskim, dla Polaka brzmi więc odrobinę kosmicznie. Prawdę mówiąc, ze wszystkich znanych mi (lepiej lub gorzej) języków, najbardziej przypomina mi japoński. Cóż - istnieją teorie łączące japoński z językami uralskimi, więc może to nie tylko moje złudzenie...

Tak czy inaczej, Finlandia - zupełnie bez sensu - fascynuje mnie od dawna, a fiński zajmuje bardzo wysoką pozycję na liście "wymarzonych języków". I głównie z tego powodu obejrzałam "Lapońską odyseję" - w oryginale 'Napapiirin sankarit'.

Film zaczyna się arcyoptymistycznie - historią lokalnej "atrakcji turystycznej", czyli Drzewa Wisielców. W ciągu kilku początkowych minut widz dowiaduje się, że życie w Laponii jest nie do wytrzymania. Zimno, ciemno, pracy nie ma, sąsiadów mało... Idealne warunki do depresji. Albo wieszania się na drzewie. W tej właśnie optymistycznej krainie mieszka główny bohater, Janne, oraz jego dziewczyna o bardzo japońsko brzmiącym imieniu - Inari (serio, w Japonii jest nawet świątynia, która nazywa się Fushimi Inari...). Już na samym początku filmu między bohaterami wybucha kłótnia o... Digi boxa. Czy jakoś tak. Każde napisy tłumaczą to inaczej. W każdym razie, chodzi chyba o skrzynkę do odbioru telewizji cyfrowej. Wściekła Inari stawia Jannemu ultimatum - albo do rana przywiezie jej digi boxa, albo ona się wyprowadza. Do Jannego, który początkowo nie traktuje sprawy poważnie, w końcu dociera, że dziewczyna mówi jak najbardziej serio i razem z dwójką przyjaciół rusza na poszukiwania sprzętu...

"Tyle hałasu o jednego digi boxa...?" - dziwi się jeden z przyjaciół Jannego, patrząc na Inari, która usiłuje przyciągnąć pod dom przyczepkę do przeprowadzek. "Rzuci go przez taką bzdurę?" - dziwi się mój narzeczony. Rzecz w tym, że nie chodzi tu tylko o tego konkretnego digi boxa. Z późniejszych scen filmu dowiadujemy się, że Janne, który na początku związku był całkiem zaradnym, nieźle zarabiającym mężczyzną, przed pięciu laty stracił pracę i od tamtej pory zajmuje się "pierdzeniem w stołek". Nie szuka nowej pracy (bo "i tak jej nie znajdzie"), nie chce się przeprowadzić do większego miasta, Oulu (bo co on tam ma robić? I tak nikt go nie zatrudni), nie robi absolutnie nic konstruktywnego, a jedynie całymi dniami obija się z kumplami. Pieniądze zarabia Inari. Te, które dała mu na digi boxa, Janne wydał na piwo. Kupno tego nieszczęsnego pudła obiecuje jej od trzech lat, a nie czyni w tej kwestii żadnych postępów. Jest po prostu podręcznikowym przykładem życiowej pierdoły i nie dziwię się, że Inari w końcu zaczyna mieć go dość.

Kupno digi boxa nie wydaje się jakimś niezmiernie skomplikowanym zadaniem. Ale kiedy jest się życiową pierdołą, nawet proste zadania stają się trudne i cały świat sprzysięga się, żeby utrudnić ich realizację. A jeśli na kupno digi boxa ma się niecałe 12 godzin, w dodatku nocnych, w rodzinnym miasteczku wszystkie sklepy są już pozamykane, najbliższe miasto jest odległe o dwieście kilometrów, a do tego nie ma się przy sobie ani eurocenta - realizacja rzeczywiście może być trudniejsza, niż się na pierwszy rzut oka wydaje. Towarzystwo dość oryginalnych przyjaciół nie pomaga...

No i tak mija 90 minut filmu. Janne z kumplami walczą jak lwy o digi boxa, co krok natykając się na kolejne trudności, podczas gdy Inari bije się z myślami i nie dostrzega, że jej były chłopak robi co może, żeby skorzystać z okazji i odbić ją Jannemu. 

Właściwie niespecjalnie lubię takie filmy. Te przygody, który Janne i spółka przeżywają po drodze, niezbyt mnie zaciekawiły. Sytuacje, kiedy komuś już prawie coś się udaje, ale w ostatniej chwili wszystko się psuje z zasady doprowadzają mnie do szału. Ślepota Inari i wredota tego jej eks też działały mi na nerwy. Do ostatniej chwili bałam się, że film skończy się zbiorową depresją wszystkich bohaterów razem wziętych.

Więc za to te sześć punktów? Cóż, nie okrywam, że przede wszystkim za samą Finlandię. 90 minut słuchania fińskiego - bezcenne. Do tego zdjęcia i muzyka... Jedno i drugie jest przepiękne. Nocne krajobrazy Laponii w połączeniu ze spokojną, nastrojową muzyką sprawiły, że bardziej niż kiedykolwiek zapragnęłam tam pojechać. Na grze aktorskiej się nie znam, ale nie zgrzytała mi, więc nie mogło być bardzo źle ^^.


Podobało mi się też kilka rzeczy w fabule filmu. Nie sama podróż i walka o digi boxa, ale to wszystko, co pojawiało się w tle, czasem mimochodem, kryjąc się na drugim planie. Mój ulubiony moment? W pewnym momencie pakująca się Inari odkrywa, że na dworze rozszalała się śnieżyca. Włącza radio i nasłuchuje wiadomości pogodowych. Zimno, śnieżyca ma trwać długo, wiatr dobija do jakiś niewyobrażalnych prędkości. Jej eks wraca do domu po kolejne pudła. Inari patrzy na niego dziwnie nieobecnym wzrokiem i mówi: "Nawet nie wziął czapki". Niesamowita scena: prosta, zwyczajna, ale przez to jeszcze bardziej nastrojowa. Uwierzyłam w tym momencie, że Inari nigdzie nie wyjedzie. Nie można jednocześnie chcieć odejść od mężczyzny i martwić się, że nie wziął czapki...

Zakończenie filmu - hurra! - nie zabija pesymizmem. Wręcz przeciwnie, jest w nim sporo nadziei. Nie takiej pełnej, słonecznej i napełniającej człowieka poczuciem, że życie jest piękne - bardziej takiej z gatunku "nawet w Laponii da się żyć".


A. jeszcze jedno - osoby wrażliwe na sceny drastyczne oraz obrońców zwierząt ostrzegam, że w filmie występuje dość nieprzyjemna scena zarzynania renifera. Krew się leje. Ja do miłośników zwierzaczków nie należę, a i tak zrobiło mi się lekko słabo. Na szczęście scena jest krótka.

sobota, 24 grudnia 2011

Wesołych Świąt!

Kochani!

Lubicie święta Bożego Narodzenia? Ja, przyznam się szczerze, nieszczególnie. Męczą mnie te przygotowania ton jedzenia i tłumy w każdym centrum handlowym, do którego człowiek pójdzie - nawet jeśli ma zamiar tylko wyskoczyć na kawę. O wiele bardziej lubię Wielkanoc, w której - przynajmniej tak mi się zdaje - bardziej pamięta się o tym, o co w tym święcie naprawdę chodzi. Przed Bożym Narodzeniem gdzieś mi ten sens umyka...

Ale teraz, kiedy potrawy wigilijne są już prawie gotowe i tylko świeżo obtoczony karp czeka na wrzucenie go na patelnię, mogę chwilkę odetchnąć. Może nawet uda mi się przestawić na wigilijny nastrój.

Kochani Czytelnicy! Nie ma Was wielu, większość z Was nie pozostawia po sobie śladu, ale cieszę się, że chociaż raz na jakiś czas odwiedzacie mojego bloga. Wszystkim Wam - i tym, którzy już nieraz do mnie zawitali, i tym, którzy trafili tu dopiero teraz - chciałam życzyć pięknych Świąt. Takich, w których będziecie mogli odpocząć, spojrzeć na świat z większą niż zwykle serdecznością i taką samą serdeczność otrzymać od innych ludzi. Ciepłych, rodzinnych i radosnych.

Nie umiem składać ładnych życzeń. Wesołych Świąt!


sobota, 17 grudnia 2011

Tymczasem w Bydgoszczy...

...powitała mnie świeżo zamówiona paczka!

Wydawnictwo WAB przeceniło, czasem nawet o połowę (albo i więcej...), książki z serii z Miotłą. Zawsze było mi z tą serią jakoś nie po drodze, bo niby miałam na nią ochotę, ale jednak ciągle znajdowało się coś pilniejszego, co interesowało mnie bardziej... Więc tym razem ochoczo rzuciłam się do zakupów. Zarejestrowałam się w sklepie internetowym, zamówiłam i jechałam do domu przekonana, że przesyłka czeka na mnie na poczcie.
A tu niespodzianka! Paczka, odebrana i zapłacona przez mamę, czekała na mnie na łóżku :).


Duża, porządnie zapakowana... Przesyłka stawiała opór.


I najlepszy moment, w którym papier w końcu się poddaje i widać w końcu to, o co w przesyłce chodzi - książki.


W wersji uporządkowanej:



I już ostatecznej, ustawione ładnie (wg ilości stron ;)) na półce:


Ten zakup sprawił mi szczególną radość, bo promocja naprawdę była okazyjna i zaoszczędziłam na niej jakieś 80-90 złotych. Absolutnym hitem okazał się być "Ból kamieni", przeceniony z jakiś 25 złotych na... 2,99. Ciągle jestem przekonana, że ktoś się pomylił i połknął jedynkę z przodu...

Dla porządku, świeżo zdobyte tytuły:

Milena Agus, "Ból kamieni"
Ivana Sajko, "Rio bar"
Yoko Ogawa, "Miłość na marginesie"
Mariolina Venezia, "Jestem tu od wieków"
Ana Maria Matute, Bezludny raj"
Majgull Axelsson, "Dom Augusty" (nareszcie, nareszcie! W końcu zrozumiem, o co chodzi z tą całą Majgull Axelsson i dlaczego wszyscy się nią tak zachwycają...)

Zaczynam od najkrótszych, bo świadomość, że szybko coś przeczytałam wprawia mnie w dobry humor :). Czyli na pierwszy ogień idzie, jak widać po prawej, Milena Agus i jej "Ból kamieni". Powieść cieniutka, na jeden wieczór. Albo i pół.

piątek, 16 grudnia 2011

Mishima Yukio, "Złota Pagoda"


To jest właśnie doczesny świat - pomyślałem. - Wojna się skończyła i tam, wśród tych świateł, ludzie zatopieni są w złych myślach. Wiele kobiet i mężczyzn spogląda na siebie wśród tych świateł i już wkrótce poczują zapach czynów podobnych do śmierci, których nie uda im się uniknąć. Kiedy pomyślałem, że te niezliczone światła to wyłącznie światła zła, moje serce doznało pocieszenia. Proszę bardzo! Niech zło w moim sercu mnoży się i rośnie, niech jaśnieje, niech zachowa podobieństwo do tych wielkich świateł, które mam przed sobą! Niech ciemność mojego serca spowijającego to zło dorówna ciemności nocy spowijającej te światła!

Ech... Mam z tym całym Mishimą* niemałą zagwozdkę.
Niby geniusz. W Japonii ceniony, na Zachodzie ponoć uwielbiany. Uczeń i przyjaciel Kawabaty Yasunariego, mojego ulubionego japońskiego pisarza. Wielokrotny kandydat do Literackiej Nagrody Nobla, której - ku rozpaczy wielu - nie dostał. Zresztą, na rzecz swojego mistrza i nauczyciela (czego miłośnicy Mishimy nie bardzo potrafią Kawabacie wybaczyć). Kilka dni temu usłyszałam krótki wykład mojej pani profesor / promotor na temat inteligentnego pisania Mishimy, logiki w jego dziełach i ogólnego oddziaływania na intelekt czytelnika, w związku z czym jest bardziej popularny na racjonalnym Zachodzie niż wśród emocjonalnych Japończyków, wolących takiego np. Dazaia Osamu (notabene, chyba drugiego na mojej liście ulubionych pisarzy japońskich, tuż za Kawabatą. Który go nie znosił). Sama "Złota Pagoda" jest dla japonisty lekturą obowiązkową i prawdę mówiąc, przeczytałam ją dobre dwa lata później niż powinnam. Właściwie zrobiłam to tylko ze względu na tę "powinność", bo moje wcześniejsze spotkanie z Mishimą (konkretniej ze zbiorem opowiadań "Zimny płomień") niespecjalnie mnie do jego twórczości przekonało. No, ale trzeba. "Złotą pagodę" po prostu wypada znać.

Po przeczytaniu "Złotej Pagody" mogę oficjalnie stwierdzić przerażający mnie fakt: nie lubię Mishimy Yukio.

Może i był geniuszem. Może i pisał pięknie. Nie wiem. Do mnie to absolutnie, nawet w najmniejszym stopniu nie przemawia. Jestem prostą dziewczyną: śmieję się, kiedy jest mi wesoło, siedzę smutna pod ścianą, kiedy jest mi smutno, dobre rzeczy uważam za dobre, a złe za złe. Dobro jest pozytywne i warte naśladowania, a zło to mroczne coś, co powinno się wyplenić i z czym trzeba walczyć, zwłaszcza z tym wewnątrz siebie samego. Dziwaczne dywagacje Mishimy na temat piękna, które jest niczym i wszystkim, zła, które staje się wartością i tym podobne tematy są o lata świetlne oddalone od mojego życia i światopoglądu.

Ja tej książki, po prostu, nie rozumiem.

Niewątpliwie jest w niej coś przyciągającego uwagę. Mishima podjął się bardzo trudnego zadania: wejścia w psychikę przestępcy, który w 1950 roku, z nieznanych bliżej powodów, podpalił Kinkakuji, czyli właśnie Złotą Pagodę (dokładniej Świątynię Złotego Pawilonu), jeden z narodowych skarbów Japonii. Z mojego punktu widzenia wygląda to tak: jąkała, który przez swoje "kalectwo" od dziecka był odseparowany od normalnego świata, po śmierci ojca zostaje wzięty pod opiekę przez jego przyjaciela, opata Złotej Pagody. Opat chłopaka rozczarowuje, nie ma szans stać się dla niego autorytetem. Bohater nie rozmawia z innymi ludźmi, wstydząc się swojego jąkania i coraz bardziej pogrąża się w swoich dziwacznych przemyśleniach. Po pójściu na uniwersytet poznaje kalekiego chłopaka, jeszcze bardziej dziwacznego i zdemoralizowanego niż on, co tylko potęguje kiełkujące w bohaterze zło. Majestatyczna Złota Pagoda prześladuje bohatera, nie pozwalając mu na prowadzenie normalnego życia. Brzydki, kaleki chłopak zaczyna nienawidzić pięknej pagody i postanawia ją podpalić. Do tego wszystkiego dorabia sobie własną, pokrętną ideologię (w czym spory udział ma wspomniany wyżej przyjaciel), która niby usprawiedliwia jego decyzję.

Gdyby nie ta ideologia, te wszystkie półbuddyjskie rozmyślania nad absolutem, nicością, trwałością rzeczy etc. pewnie "Złota Pagoda" podobałaby mi się bardziej. Niestety - buddyzmu też nie lubię**. A już zupełnie nie lubię nihilizmu w stylu Raskolnikowa i usprawiedliwiania wyrządzonego zła jakąś pokrętną logiką...
Ogólnie mówiąc, żadne stworzenie obdarzone życiem nie posiadało tej dokładnej jednorazowości, którą miała Złota Pagoda. Ludziom dana jedynie była część wszystkich rzeczy należących do natury. Ludzie tylko rozprzestrzeniali ją niezrównanymi sposobami i pomnażali. Jeśli celem morderstwa było zniszczenie czyjejś jednorazowości, to morderstwo jest wieczną pomyłką w obliczeniach. Myślałem o tym, że coraz wyraźniejszy jest kontrast pomiędzy istnieniem Złotej Pagody i człowieka. Z jednej strony łatwo zniszczalny człowiek przerodził się w wizję wiecznego życia, a z drugie niezniszczalna piękność Złotej Pagody objawiła możliwość zniszczenia (...).
Kiedy tak myślałem, ogarnęła mnie nawet wesołość. Mówiłem sobie: - Jeśli spalę Złotą Pagodę, będzie to miało ogromne znaczenie. Ludzie nauczą się, że niezniszczalność przez analogię nie ma żadnego znaczenia (...).
Tak. Niewątpliwie nasze istnienie było utrzymywane dzięki temu, że przez określony czas otaczał je stężały czas. Weźmy taką szufladkę, którą stolarz buduje, by ułatwić prace domowe. Wraz z upływem lat przekracza formę tej szufladki i po kilkudziesięciu czy kilkuset latach wydaje się, jakby to właśnie czas stężał i przybrał jej formę. Pewna określona niewielka przestrzeń była najpierw ograniczona materialnym przedmiotem, ale potem zaczął ją ograniczać stężały czas. Jest to wcielenie pewnego rodzaju ducha (...). W ten sposób mój czyn otworzy ludziom oczy na nieszczęście Tsukumogami i uratuje ich od niego. Mój czyn zepchnie świat, w którym istnieje Złota Pagoda, do świata, w którym Złota Pagoda nie będzie istniała. Znaczenie świata niewątpliwie się zmieni...
Nie, nie trafia to do mnie. Nijak nie mogę pozbyć się wrażenia, że główny bohater jest po prostu obłąkany i gada od rzeczy...

Zaciekawiła mnie w tej powieści jedna rzecz: sposób przedstawienia "kalek". W cudzysłowie, bo chyba nikt w dzisiejszych czasach nie uważa jąkania się za kalectwo, podczas gdy dla głównego bohatera to problem nie do przeskoczenia, być może źródło całej jego nienawiści do świata. W naszej, europejskiej literaturze ludzie niepełnosprawni są zazwyczaj pokazani w sposób pozytywny: jako ci, którzy - jakby w zamian za niedoskonałości fizyczne - obdarzeni są niezwykłym intelektem albo bardzo dobrym sercem. Ich własne cierpienie uwrażliwia ich na cierpienie innych. Tymczasem u Mishimy jest dokładnie odwrotnie i zarówno główny bohater, jak i jego przyjaciel o koślawych stopach są degeneratami, dążącymi do autodestrukcji. Moralność zwykłego świata, który odrzucił ich i ich kalectwo, nie ma dla nich znaczenia. Ma to pewnie spory związek z podejściem Japończyków do ułomności, które są czymś wstydliwym i wybitnie niepożądanym... U nas takim ludziom się współczuje i otacza ich opieką. Tam - izoluje. Nie mimochodem, podświadomie, tylko jak najbardziej otwarcie wyklucza się ich z normalnego życia. Nie wiem, może teraz trochę się to zmieniło, ale wystarczy przeczytać "Sprawę osobistą" Oe Kenzaburego, żeby doskonale zrozumieć, o czym mówię...

Mishima pisze dobrze (mam tu na myśli sam język), a przynajmniej w tłumaczeniu wypada to dobrze. Nie zmienia to jednak faktu, że treść "Złotej Pagody" zupełnie mi nie odpowiada i wymęczyłam się podczas tej lektury jak rzadko kiedy. 3/6.
I mam szczerą nadzieję, że nikt z moich wykładowców ani kolegów ze studiów nie trafi na tę stronę. Mishimy nie wypada nie lubić...



* W japońskim zapisie podaje się najpierw nazwisko, potem imię. Miałam zamiar zapisywać nazwiska japońskich autorów normalnie, po europejsku, ale "Osamu Dazai" albo "Yasunari Kawabata" brzmią dla mnie zbyt nienaturalnie. Mishima - nazwisko, Yukio - imię. Podobnie ze wszystkimi innymi Japończykami, którzy pewnie nieraz się tu jeszcze pojawią.
** Buddyzmu. Nie buddystów.

wtorek, 13 grudnia 2011

Maria Matios, "Słodka Darusia"


Czy oni nie mają oleju w głowie i Boga w sercu, ci jej sąsiedzi, że myślą, że ona głupia? Darusia przecież wcale nie jest głupia - ona jest słodka.
No, i co z tego, że korzeń dalii owinęła kołdrą? Przecież to było wtedy, kiedy śnieg już zszedł, a mrozy jeszcze trzymały. Darusia rozdawała we wsi kwiaty, bo ich tyle wykopała na jesieni, że miała tych kwiatów więcej niż gruli w piwniczce. Więc pozanosiła je do chat, gdzie nigdy kwiaty nie kwitły(...).
Darusia siedzi na ciepłej, jeszcze tchnącej latem ziemi, gładzi wesołe główki astrów, czochra dłonią pachnące kędziory, rozmawia z nimi, mówi, co chce, śmieje się - i cóż w tym głupiego?
Niby dlaczego jest głupia, skoro wszystko rozumie, wie, co i jak się nazywa, jaki jest dziś dzień, ile jabłonek obrodziło w Marysinym sadzie, ilu od Bożego Narodzenia do Bożego Narodzenia ludzi we wsi się narodziło i ilu umarło! W radzie wiejskiej po taką wiedzę do książek zaglądają, a Darusia wszystko ma w głowie (...).
Co tu gadać, jak nie ma o czym. Ludzie we wsi czasem robią takie rzeczy, że nawet Darusia łapie się za głowę, ale ich głupimi dlaczegoś nikt nie nazywa, a o niej, która rozmawia z drzewami i kwiatami, i żyje sobie, jak chce, i szkody żadnej nie robi nikomu, wszyscy myślą jak o głupiej.
(...)...Fedio kiedyś osiodłał barana i powiózł na nim syna do szkoły, ale nikt nie powiedział, że Fedio jest głupi, choć od tamtej pory do syna przylgnęło przezwisko "Baran".
A Stepan przyjechał z miasta na odpust i przywiózł ze sobą błyszczącą, okrągłą muterkę wielkiego rozmiaru. Koło klonu chłopcy założyli się, że Stepan za flaszką piwa naciągnie żelazną muterkę na swojego głupka, ściągnie po półgodzinie, a jego głupkowi nic nie będzie. A głupek ze Stepanowych portek Stepana nie posłuchał, spuchł, mało nie trzasnął na gwincie muterki (...). Pośmiali się z niego we wsi, politowali nad nim, ale nazwać Stepana głupim - zapomnieli.
We wsi sobie myślą, że Darusia nic nie rozumie, a i żeby nie nazywać jej głupią, nazywają ją słodką.
Poczciwa ta Darusia. Czytałam ten fragment i myślałam tylko "no tak, oczywiście, przecież ma rację"...
Ech, gdyby tak zostało do końca! Słodka Darusia siedząca w ogrodzie, rozmawiająca z drzewami i kwiatami... Ale nie zostało. Tylko początek jest taki słodki i spokojny.

Książka podzielona jest na trzy części, nazwane przez autorkę dramatami. Darusia - dramat codzienny, Iwan Ćwiek - dramat wcześniejszy i Mychajłowy skarb - dramat główny. Każda kolejna część jest dłuższa od poprzedniej i, wbrew tytułowi, to historia Mychajła i Matronki stanowi główną część powieści. Samej Darusi jest tu stosunkowo niewiele. Rozdział jej poświęcony liczy zaledwie 20 stron i choć pojawia się w dwóch kolejnych, to jednak co innego wypływa na pierwszy plan...

Powieść Marii Matios jest, w moim odczuciu, trochę przerażająca. Przerażająca, bo jest jak bajka, tyle że opowiedziana od końca do początku. Zaczyna się od "żyli długo i szczęśliwie", bo choć Darusia jest "słodka" i cierpi na okropne ataki migreny, to jednak żyje sobie po swojemu, z wyrozumiałością myśląc o głupocie sąsiadów, którym wydaje się, że to ona jest głupia. Jest ciepło, idyllicznie, kwiatki kwitną, słoneczko świeci - istna bajka. Poza migreną. A później... Coś zaczyna wisieć w powietrzu. Już w drugim, iwanowym rozdziale widać wyraźnie, że Darusia kryje w sobie jakąś tajemnicę, że istnieje powód, dla którego nie mówi... I że nie jest to nic, co mogłoby wprawić czytelnika w dobry humor. W trzecim, retrospektywnym rozdziale, to wrażenie przybiera na sile. Wprawdzie początek znów jest ciepły, Mychajło i Matronka kochają się tak, że budzą zazdrość wszystkich bab we wsi, ale w narracji czuć niepokój i zbliżającą się tragedię.

Darusia jest postacią, która spina wszystkie trzy rozdziały. Nawet w trzecim rozdziale, w którym prawie nie występuje, odgrywa ostatecznie kluczową rolę. A wszystkie opisane w nim wydarzenia mają na celu wytłumaczyć zagadkę z pierwszego rozdziału: dlaczego Darusia nie mówi, choć jako dziecko mówiła i była zupełnie normalna, dlaczego boli ją głowa na widok cukierków...?

Nie chcę zdradzać za dużo, żeby nie zabierać nikomu przyjemności z lektury - bardzo zresztą dobrej. Moja ocena (4.5/6) byłaby z pewnością wyższa, gdyby nie jedna scena trzeciego rozdziału, zupełnie, jak na mnie, niepotrzebna, która zburzyła mi całą idylliczną wizję idealnego małżeństwa Mychajły i Matronki. Nie pasowała mi nijak do reszty powieści i zostawiła po sobie spory niesmak. 
Ale reszta, mimo narastającej grozy, podobało mi się bardzo. Nie dziwi mnie ani nominacja do Angelusa, ani liczne nagrody, którymi powieść została obsypana na Ukrainie, w tym Narodowa Nagroda im. Tarasa Szewczenki. 4,5, czyli "więcej niż dobra" - i wciąż zastanawiam się, czy to nie za niska ocena.

niedziela, 11 grudnia 2011

Listy do M.


Żaden ze mnie ekspert w sprawach kinematografii. Prawdę mówiąc, przez wiele, wiele lat byłam jedynym znanym mi przypadkiem osoby, która w ogóle nie lubi oglądać filmów i choć na studiach (głowie dzięki mojemu przyjacielowi -> chłopakowi -> narzeczonemu) do pewnego stopnia mi to przeszło, to jednak nadal nie jest to mój ulubiony sposób spędzania wolnego czasu. Zaległości też mam, nie da się ukryć, gigantyczne, zwłaszcza w filmowej klasyce. Może więc nie powinnam narzekać, może się nie znam... Ale polskich filmów, z reguły, nie lubię. Przynajmniej tych nowszych. Wszystkie są, jak na mnie, nakręcone na jedno kopyto (no, dobrze - na kilka). Mamy tu ekranizacje lektur tudzież filmy historyczne (wielka Polska, która jest Mesjaszem narodów i cierpi za miliony), filmy sensacyjne (najlepiej z Bogusławem Lindą w roli głównej), filmy sensacyjno-komediowe (coś w rodzaju Kilera, Vinci etc.), mój najbardziej znienawidzony nurt filmów pesymistycznych, których głównym przesłaniem jest albo marudzenie na "polską beznadzieję", albo na rzeczywistość w ogóle... No i idiotyczne komedie romantyczne, w których główni bohaterowie przez 90 minut nie widzą, że są dla siebie stworzeni, ale (uff, co za ulga - kto by się spodziewał?) odkrywają to w minucie 91. i żyją długo i szczęśliwie. Oczywiście to nie tak, żebym nie lubiła niczego, co polskie. Czasem zdarzają się filmy, które, choć mało odkrywcze, mają w sobie coś wyjątkowego - jak choćby "Nigdy w życiu", typowa komedia romantyczna, którą jednak uwielbiam za optymizm, humor i to, że po jego obejrzeniu czuję, że życie jest piękne. Ale generalnie komedie romantyczne (a już zwłaszcza polskie) omijam szerokim łukiem i ostatnio byłam w kinie na jednej z nich jakieś 5-6 lat temu...

A jednak poszłam na "Listy do M." - zachęcona wzorowaniem się na 'Love Actually', zachwytami przyjaciółki, ślicznym plakatem i kiełkującą we mnie nadzieją, że może dzięki temu filmowi wreszcie dotrze do mnie, że idą święta. I absolutnie tej decyzji nie żałuję. Bo to, po prostu, zdumiewająco dobry film - zwłaszcza jak na polską komedię romantyczną.

Oczywiście, w samej fabule "Listów do M." nie ma nic szczególnie oryginalnego. Zresztą, komedia romantyczna jest już na tyle wyeksploatowanym gatunkiem, że ciężko byłoby wymyślić coś, czego jeszcze nie było. I może to i dobrze, że twórcy nie próbowali na siłę niczego udziwniać, byleby czymś się wyróżnić? Różne rzeczy wychodzą z takich eksperymentów... Oryginalne mogłoby być samo osadzenie akcji filmu w okresie Bożego Narodzenia, gdyby nie to, że x lat temu dokładnie to samo zrobiono we wspomnianym już 'Love Actually'. Zresztą, twórcy "Listów..." absolutnie nie kryją się z tym, że mocno się tym filmem inspirowali. Sam pomysł - losy kilku par w wigilię - jest żywcem ściągnięty z amerykańskiego pierwowzoru. Podobnie forma plakatu. A już zupełnie rozbroiło mnie włączenie do soundtracku z "Listów..." 'Turn me on' Nory Jones. Kto widział 'Love Actually', ten zapewne pamięta przyjęcie firmowe, podczas którego bohaterowie tańczą właśnie do tej piosenki... Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby chodziło o piosenkę świąteczną, ale ta nią nie jest. Nie wierzę, że to zbieg okoliczności. Można narzekać na wtórność, można też cieszyć się, że polscy twórcy inspirują się dobrymi filmami. Ja się cieszę. A to, że "Listy do M." otwarcie się do tej wtórności przyznają i nie próbują udawać czegoś, czym nie są, działa tylko na ich plus.

Dużo dobrego aktorstwa. Nie podobała mi się chyba tylko Kasia Zielińska - ale może to nie wina jej, tylko samej roli. Miałam wrażenie, że jest tam wklejona na siłę, nie wiadomo po co... Jej wątek był bardzo krótki i, muszę przyznać, nudny. Nie do końca podobał mi się też Tomasz Karolak, który znów grał irytującego "luzaka", tyle że w przebraniu Mikołaja. Ale reszta? Fantastyczny Maciej Stuhr, Piotr Adamczyk, nareszcie normalna rola Agnieszki Dygant. A już absolutnie rewelacyjne były dzieciaki. Julkę Wróblewską uwielbiam od czasu "Tylko mnie kochaj", w którym jej rola była wystarczającym usprawiedliwieniem dla powstania tego filmu. Na szczęście nie straciła z wiekiem uroku i nadal ogląda się ją równie przyjemnie. Mały Kuba Jankiewicz był już odrobinkę słabszy, mniej naturalny, ale i tak jest tak uroczy, że spokojnie można nie zwracać na te potknięcia uwagi.

Mam tylko jedno zastrzeżenie do tego filmu. A raczej do jego klasyfikacji. "Komedia romantyczna"? "Bardzo romantyczna", głosi nawet plakat. Z tym romantyzmem spokojnie się zgodzę. Ale komedia? Nie przeczę, momenty komediowe są, wiele razy się na tym filmie śmiałam, ale też nieraz czułam gulę w gardle i słyszałam z fotela obok pochlipywanie mojej mamy. W porównaniu do 'Love Actually' ten film jest dużo smutniejszy, cichszy, bardziej zadumany. W takim na przykład wątku Małgorzaty, Wojciecha i Tosi śmiesznych scen nie ma prawie wcale. A im bliżej końca, tym bardziej wzruszająco się robi. Słodko - gorzko. Czyli to, co lubię najbardziej. I nawet zakończenie nie jest cukierkowe...

Naprawdę ciepły, piękny film, w którym po prostu czuć ducha świąt. Polecam z czystym sumieniem. Zwłaszcza tym, których irytuje brak śniegu i chcieliby w końcu dostrzec wokół siebie trochę bożonarodzeniowej magii.

 

(Ale suspens to im nie wyszedł - wszystkie "zagadki" rozgryzłam na długo przed zakończeniem filmu ;-))

wtorek, 6 grudnia 2011

Spotkanie ze Wschodem - Ukraina



Wczoraj odbyło się ostatnie (bodajże szóste, a dla mnie zaledwie drugie) "Spotkanie ze Wschodem" - tym razem poświęcone Ukrainie. Nie ukrywam, że wiązałam z nim spore nadzieje. Zeszłomiesięczne, bardzo ciekawe spotkanie dotyczące Białorusi sprawiło, że tuż po nim nie mogłam doczekać się kolejnego wykładu. Wprawdzie na Ukrainie też się nie znam, ale z pewnością mam o niej większe pojęcie niż o Białorusi. Dawno temu, kiedy byłam jeszcze gimnazjalistką i chciałam zmieniać świat, popełniłam nawet pracę semestralną n.t. Pomarańczowej Rewolucji. Kojarzę niektórych ukraińskich polityków, wiem, kim był Taras Szewczenko i nawet byłam na wycieczce we Lwowie. A przede wszystkim: od dziecka, nie wiem czemu, kocham ten kraj. Gdy pierwszy raz usłyszałam jego nazwę, wyobraziłam sobie piękną, zieloną krainę, pełną nieskażonej przyrody... Sama nazwa była piękna, taka melodyjna i miękka. U-kra-i-na. Flaga, widniejąca w którymś z moich dziecięcych atlasów, też mi się spodobała. I co prawda, kiedy raz wyrwało mi się coś na temat wspaniałości Ukrainy, moja babcia złapała się za głowę i zawołała coś w rodzaju "Dziecko, co ty wygadujesz! Jedna wielka bieda!", ale nijak nie ostudziło to mojego zainteresowania tym krajem. Zostało mi to do teraz.

I dlatego wczorajszy wykład średnio mi się podobał.

Wykłady były właściwie dwa, po nich zaś dyskusja - zdecydowanie mniej ciekawa i krótsza niż podczas spotkania białoruskiego. Zarówno pierwszy wykład, jak i cała ta dyskusja, poświęcona była w większej części stereotypom. I w tym sęk. Co osoba, która od dziecka kocha Ukrainę, ma wynieść z wykładu pt. "Jaki jest obraz Ukraińców wśród Polaków i dlaczego jest negatywny?"? Po co jej pełne pasji przemowy o tym, że Ukraina jest zupełnie inna niż się mówi i zamiast powtarzać głupie stereotypy, lepiej tam po prostu pojechać? Ja nigdy nie uważałam Ukraińców za bandytów, chlejusów, biedaków etc. Gdybym zdecydowała się odpowiedzieć na pierwsze pytanie prelegenta, czyli "co się państwu kojarzy z Ukrainą", najprawdopodobniej zepsułabym mu całą koncepcję wykładu. Kojarzy mi się Teatr Wielki we Lwowie, piękne nagrobki na cmentarzu Łyczakowskim, przepyszne naleśniki jedzone z przyjaciółmi i samochody, które nic nie robią sobie z tego, że mogą rozjechać pieszego. Sprzedawca, który był przekonany, że przyjechaliśmy z Anglii. Naszyjnik z koralików, który kupiłam tam za półdarmo (bodajże 45 hrywien - 4 lata później widziałam podobne po drugiej stronie granicy za ponad 100 złotych). A dalsza Ukraina, na której nie byłam, kojarzy mi się z dziczą. Przy czym w moim przypadku to określenie jest jak najbardziej pozytywne.
Przykro mi, ale tę część wykładu uważam za zupełną stratę czasu. Bo przecież człowiek, który postanowił pójść na wykład o Ukrainie zamiast na piwo z kolegami, z pewnością musi żywić do tego kraju cieplejsze uczucia. Mówienie mu o bezsensowności stereotypów jest pozbawione sensu. To coś z rodzaju kazania, w którym ksiądz narzeka, że ludzie nie chodzą do kościoła - przy czym słyszą to tylko ci, którzy akurat do niego chodzą. Gdzie sens, gdzie logika...?

Całe szczęście, że była jeszcze druga część wykładu, który podobała mi się o wiele bardziej. Co prawda spodziewałam się po nim zupełnie czego innego po tym, jak dziewczyna, która prowadziła całe spotkanie, zapowiedziała wykład o turystyce, ale jego właściwy temat - historia i literatura - był chyba nawet ciekawszy. Dużo bardziej poukładany niż w przypadku tego z zeszłego miesiąca, o literaturze białoruskiej. A może to po prostu zasługa tego, że znam aż DWÓCH pisarzy ukraińskich, więc nie wszystko było dla mnie czarną magią...
Prelegent mówił o niskim statusie języka ukraińskiego, o rusyfikacji społeczeństwa i o tym, że pisarze tworzący po ukraińsku nie mieli szansy się wybić. Dowiedziałam się, że Gogol, wbrew temu, co się powszechnie uważa, był Ukraińcem. Pisał po rosyjsku, bo tylko w ten sposób mógł zaistnieć. Jego rodacy, którzy uparcie tworzyli w języku ojczystym - Wołodymyr Wynnyczenko, Mychajło Kociubyński - są dziś zapomniani. Prelegent wymienił kilka nazwisk, kilka tytułów, spytał, czy ktoś słyszał o "Słonecznej maszynie"... Cisza na sali. Pokiwał tylko głową, mówiąc "no właśnie".

Po powrocie do domu rzuciłam się w stronę laptopa, pragnąc zamówić z Empiku chociaż kilka z wymienionych na spotkaniu pozycji. Nic. Nawet Tarasa Szewczenki nie ma. Jedna pozycja Iwana Franko, to wszystko. Weszłam więc na stronę uniwersyteckiej biblioteki... Ale, ku mojemu olbrzymiemu zdumieniu, wcale nie było z nią dużo lepiej. Części książek nie ma w ogóle, część jest tylko w oryginale (a ja ukraińskiego, póki co, nie znam - i nie mam najmniejszych szans nauczyć się go przed końcem studiów), a pozostałe są dostępne tylko w czytelni. Albo w Gnieźnie. Egzemplarze, które można fizycznie wypożyczyć, można policzyć na palcach jednej ręki.
Więc czemu tu się dziwić? Jak Polacy mają znać ukraińską literaturę, skoro jej przekłady są niedostępne nawet na uniwersytecie (i to, powiem nieskromnie, nie byle jakim)? W dodatku na Wydziale Neofilologii...?

Dzięki wykładowi literackiemu nie żałuję, że poszłam na to spotkanie. Ale i tak nie czuję się usatysfakcjonowana. Liczyłam na coś więcej - więcej anegdot, realiów codziennego życia... Więcej Ukrainy.

Cóż - pozostaje mi dokształcić się na własną rękę. W wolnym czasie, o ile kiedyś nadejdzie... :)

PS. Zdjęć brak, bo Aithne dopadła skleroza i zapomniała aparatu.

niedziela, 4 grudnia 2011

Wyniki Angelusa

Pierwszy raz w życiu z podekscytowaniem czekałam na wyniki jakiegokolwiek konkursu literackiego (no, może poza tegorocznym Noblem... Chciałabym zobaczyć minę mojej pani profesor, gdyby rzeczywiście otrzymał go Murakami). Ba, obudziłam się o 6 rano i nie mogłam zasnąć, dopóki nie sprawdziłam, kto otrzymał Angelusa!
Cóż... Wyniki można zobaczyć tu.

Tegorocznego Angelusa otrzymała Białorusinka Swietłana Aleksijewicz, autorka książki "Wojna nie ma w sobie nic z kobiety". Książki, której, niestety, akurat nie przeczytałam. 



Choć, oczywiście, w obecnej sytuacji zamierzam to wkrótce zrobić.
Póki co jednak czekają na mnie dwie książki z biblioteki, które wypożyczyłam na tyle dawno temu, że z pewnością wkrótce skończy mi się ich termin... Pani Aleksijewicz będzie musiała poczekać.

piątek, 2 grudnia 2011

Jenny Erpenbeck, "Klucz do ogrodu"


Moja droga do "Klucza do ogrodu" Jenny Erpenbeck była wyjątkowo pokrętna. Prawdę mówiąc, to, że w ogóle dowiedziałam się o istnieniu tej książki jest dziełem przypadku... Albo pani Babiny i spotkania autorskiego z nią. Na tym właśnie spotkaniu dowiedziałam się, że "Miasto ryb" jest nominowane do jakiejś środkowoeuropejskiej nagrody literackiej i nie byłabym sobą, gdybym tuż po powrocie do domu nie sprawdziła, o jaką nagrodę chodzi. Z pomocą wujka Google odnalazłam stronę Literackiej Nagrody Europy Środkowej ANGELUS. Zerknęłam na listę nominowanych (i przy okazji odkryłam, że gdzieś już ją widziałam...). To było coś dla mnie: sama Europa Środkowa - Białoruś, Ukraina, Słowenia, Albania... Gdy tylko odkryłam, że nagroda ma zostać wręczona zwycięzcy dopiero 3. grudnia, a więc za miesiąc (znaczy... z tamtej perspektywy), postanowiłam zamówić chociaż kilka z nominowanych książek. Część z nich była akurat niedostępna, część brzmiała nieciekawie. Ostatecznie wybór padł na "Słodką Darusię" Marii Matios (bo autorka jest Ukrainką) i właśnie "Klucz do ogrodu". Bo spodobała mi się okładka*.

Spodziewałam się po tej powieści czegoś trochę innego. Choć i tak mi się podobała.
Ciężko mi ująć w słowa wrażenia po tej lekturze (którą, w związku z zawirowaniami natury prywatnej, skończyłam dopiero kilka dni temu). Jedno, co rzuca się w oczy już na samym początku, to specyficzny język. Nie każdemu musi się coś takiego podobać. Mi akurat odpowiada średnio i choć nie zgrzytałam zębami, jak w przypadku arcydzieła pani Vreeland, to jednak żałowałam, że autorka pisze tak oszczędnie, tak niepoetycko, tak... dziwnie.
Hermine i Arthur, jego rodzice.
On sam, Ludwig, pierworodny syn.
Jego siostra Elisabeth, zamężna, żona Ernsta.
Córka obojga, jego siostrzenica Doris.
Następnie jego żona Anna.
No i dzieci: Elliot i mała Elisabeth, nazwana tak po jego siostrze.

Elliot kopie piłkę do małej. Piłka toczy się po trawie aż do różanego klombu. Elisabeth nie chce po nią pójść, wie, że róże kłują, więc brat biegnie, prześlizguje się między kwiatami, rozsuwa je łokciami na bok i nogą wykopuje piłkę z powrotem na trawę. Czerwień róż miesza się z głębszą czerwienią krzewu bugenwilli, rosnącego przy ścianie domu i swymi kwiatami wieńczącego okno salonu.

Przed południem samochodem marki Adler jadą nadmorską drogą w kierunku wschodnim. Adler, mówi Arthur, senior, niemiecka jakość. Tak, odpowiada Ludwig, jego syn. Dostarczają aż tutaj?, pyta ojciec. Tak, mówi Ludwig, nas też przecież dostarczyli aż tutaj. Obok niego siedzi jego matka, Hermine, na tylnym siedzeniu Arthur, jego ojciec, i Anna. Arthur i Hermine, rodzice Ludwiga, przyjechali w odwiedziny. Dwa tygodnie później wracają do domu. Anna na cześć teściów włożyła swój biały kostium. 1 żakiet i 1 spódnica (Peek & Cloppenburg), zakupione na potrzeby emigracji, na początku roku 1936, 43 marki i 70 fenigów.
Dziwne to, dziwne. Jestem przyzwyczajona do czegoś innego. Język Jenny Erpenbeck jest oszczędny do bólu, niepokojący, z lekka psychodeliczny. Przez cały czas czytelnik czuje, że coś jest nie tak. To nie jest miła, ciepła powieść na długie, jesienno-zimowe wieczory. Zdecydowanie nie.
Prawdę mówiąc, mi od czytania tej książki robiło się zimno.

A o czym właściwie jest "Klucz do ogrodu"...?
Ha! Dobre pytanie. Chyba o upływie czasu, zmienności; o tym, jak błahe jest życie jednostki w stosunku do historii świata. Dość powiedzieć, że powieść zaczyna się w epoce lodowcowej, kiedy opisywany teren - konkretny skrawek ziemi nad jeziorem, na którym później powstał dom z ogrodem - pokrywa jeszcze gruba warstwa napierającego na niego lodu. Rzeźbi teren, topi się, tworzy strumyczki, jeziorka... Kolejne rozdziały opisują ludzi, którzy zamieszkiwali ten teren w XX wieku. Sołtysa i jego obłąkaną córkę, dziedziczkę terenu. Architekta, który odkupił fragment ziemi. Żydowską rodzinę, która do czasu zamieszkuje teren tuż nad jeziorem. Ich córkę, ukrywającą się w berlińskiej piwnicy i wspominającą szczęśliwe dzieciństwo. Parę pisarzy, młodego czerwonoarmistę... Ich losy początkowo łączą się ze sobą - część bohaterów jest spokrewniona, spowinowacona, ktoś od kogoś kupuje, komuś odsprzedaje - ale po kilku rozdziałach odkrywa się, że obecni bohaterowie nie mają bladego pojęcia o ludziach, którzy mieszkali na tym samym terenie 30-40 lat wcześniej. Nikt ich nie wspomina, nie przekazuje ich historii kolejnym pokoleniom. Jakby ich istnienie było zupełnie pozbawione znaczenia.

Obserwuje ich wszystkich tylko ogrodnik. Początkowo młody, pod koniec powieści stary, ale niezmiennie małomówny, skryty. Ogrodnik... Jest. Pielęgnuje ogród i pewnie obserwuje ludzi przewijających się przez tę okolicę, ale nie wspomina o nich późniejszym właścicielom domu, nie plotkuje, niczego nie komentuje. Jest, ale jakby go nie było. Dużo inputu, zero outputu, mówiąc językiem lingwistycznym... ;)

Czy polecam? Nie wiem. Zimno jest, dni krótkie - nie najlepsza to pora na depresyjne książki. Zdecydowanie bardziej przypadło mi do gustu słodko-gorzkie "Miasto ryb", które nadal jest moim faworytem do Angelusa. Z aż trzech nominowanych pozycji, które przeczytałam ;).

Z drugiej strony, nie mogę zaprzeczyć, że to dobra książka i całe to zmrażanie czytelnika, przygnębianie go, jest zapewne świadomym zabiegiem autorki. Powieść powinna wywoływać emocje, a "Klucz do ogrodu" robi to bardzo dobrze. Miało być melancholijnie? Jest. Nawet bardzo.

Moja ocena: 4,5/6



* Ok, rozumiem, ocenianie po okładce jest głupie i staram się już tego nie robić. Ale w takiej sytuacji, kiedy książka jest wśród ścisłych finalistów Literackiej Nagrody etc., można chyba z czystym sumieniem zaryzykować...

piątek, 11 listopada 2011

Spotkanie ze Wschodem - Białoruś

Od jakiegoś czasu wisiał na UAMowskiej tablicy ogłoszeń plakat, reklamujący cykl "Spotkań ze Wschodem". Z chyba sześciu krajów, które miały być omawiane na kolejnych wykładach, moją uwagę przyciągnęły dwa: Białoruś i Ukraina. W poniedziałek, mimo zmęczenia, braku obiadu, nietkniętego tłumaczenia Bardzo Długiego Tekstu i ogólnego niechcieja, który jeszcze rok temu z pewnością przekonałby mnie do zaszycia się w domu, ruszyłam na Stary Rynek. Klubokawiarnia "Meskalina" dobrze się kryła, ale ostatecznie udało mi się ją znaleźć i zająć jeden z wielu wolnych stolików. Im bliżej było godziny zero, tym mniej stolików było pustych, a ostatecznie sala została wypełniona po brzegi - tak, że aż spóźniony I. nie był w stanie dopchać się do miejsca, w którym siedziałam. Ponoć był to pierwszy z tych wykładów, na którym pojawił się taki tłum. Ale też nic dziwnego - zdaje mi się, że przeciętny Polak jest jednak zdecydowanie bardziej zainteresowany Białorusią niż Azerbejdżanem...

Klubokawiarniany tłum
Można by pomyśleć, że nagle zapałałam do Białorusi jakąś wielką, nieokiełznaną miłością, która każe mi brać udział we wszystkim, co białoruskie. Nic z tych rzeczy. To tylko zwykły bieg okoliczności. Prawdę powiedziawszy, do tej pory byłam w sprawie Białorusi straszną ignorantką i kojarzyła mi się jedynie z białą plamą na mapie - miejscem, przy którym zawsze widnieje podpis "brak danych". "Miasto ryb" i spotkanie z autorką uświadomiło mi, że to realne miejsce, w którym żyją prawdziwi ludzie, ale moja wiedza na jego temat nadal pozostawała mizerna. I nadal taka jest - jedynie odrobinkę, odrobinkę większa niż wcześniej...

Spotkanie rozpoczęło się akcentem youtube'owym - prezentacją p.t. "Let's be Belarusians". Mimo mocno rozrywkowej formy zaskoczyła mnie, bo już tam pojawiło się x faktów, o których wcześniej nie miałam pojęcia:


Po prezentacji nastąpił krótki wykład z historii literatury białoruskiej. Z racji ograniczonego czasu był dość wyrywkowy; dla mnie oznaczało to tyle, co "chaotyczny" i "trochę nudny". Średnio lubię słuchać opowieści o książkach, których nie znam, a nazwiska ich autorów nie mówią mi absolutnie nic... W końcu jednak książkowe opowieści dobiegły końca, a po krótkim występie Białorusinki, która studiuje na poznańskiej Akademii Muzycznej, przyszedł czas na pytania. I tu dopiero się zaczęło! 


Nie jestem w stanie napisać tu o wszystkim, czego dowiedziałam się w trakcie tej "rozmowy". Dużej części zresztą z pewnością nie zapamiętałam. Podzielę się więc tylko tymi nielicznymi informacjami, które dla mnie były czymś zupełnie nowym, choć pewnie powinnam zdawać sobie z nich sprawę...

Najbardziej szokująca była dla mnie kwestia Wielkiego Księstwa Litewskiego, które ma ponoć bardzo, bardzo mało wspólnego ze współczesną Litwą. Dość powiedzieć, że językiem urzędowym Księstwa był... białoruski. Coś się poprzesuwało w nazewnictwie i wyszło jak wyszło, ale de facto Litwini, z którymi swego czasu Polacy zawarli unię, byli przodkami dzisiejszych Białorusinów, nie Litwinów. Kwestia ta była jeszcze raz poruszana w momencie, w którym wychodziliśmy ze spotkania. Niestety, widok I, który prawie się przewracał ze zmęczenia, zmusił mnie do wcześniejszego odwrotu, nie dosłyszałam więc do końca wszystkiego, co mówił prowadzący spotkanie Białorusin...
Ta informacja pozwoliła mi zrozumieć coś, co zastanawiało mnie od czasu spotkania z panią Babiną: dlaczego niby Białorusini roszczą sobie prawa do Mickiewicza? Rozumiem, że Litwini się poczuwają, pisał w końcu "Litwo, ojczyzno moja..." - ale co ma Białoruś do tego? Teraz rozumiem. I rzeczywiście, mają podstawy, żeby twierdzić, że Mickiewicz był Białorusinem.

Inną ważną sprawą było podejście władz do języka białoruskiego. To, że Łukaszenka własnego języka nie lubi, wiedziałam już od jakiegoś czasu, chociaż dlaczego go nie lubi - nie miałam pojęcia. Jeśli wierzyć prowadzącemu (nazwiska nie pamiętam, niestety...), spora część Białorusinów - z prezydentem na czele - uważa, że białoruski jest językiem prymitywnym, mało rozwiniętym, który nadaje się tylko do rozmawiania. Do literatury albo rozpraw naukowych - już nie. Więc lepiej używać rosyjskiego. Smutne to i niezrozumiałe dla mnie, jak można nie chcieć uczyć się własnego języka. Ale może to odzywa się moje językowe zboczenie...

Ku mojemu wielkiemu zdumieniu (wiem, powinnam była to wiedzieć i to zdumienie świadczy tylko o mojej wcześniejszej ignorancji...) dowiedziałam się też, że Łukaszenka nie jest, jak sądziłam, komunistycznym reliktem, a raczej białoruskim Andrzejem Lepperem. Białoruś uzyskała niepodległość w 1991 roku i zachowała się mniej więcej tak, jak zawsze w takich sytuacjach zachowuje się Polska. Czyli: hurra i do przodu! Zabrakło jakoś na to wszystko pomysłu, lud się rozczarował i po 4 latach wybory wygrał (pierwszy i ostatni raz naprawdę) rolnik, Aleksander Łukaszenka. Przeciwnicy - a miał ich sporo - westchnęli ciężko, uznali filozoficznie, że nie ma rady, demokracja to demokracja i czekali na koniec kadencji. Uznali to za pomyłkę i sytuację tymczasową. Ciężką, bo ciężką, ale jedynie kilkuletnią. A tu zonk, bo "miły, wesoły pan Łukaszenka" władzy nie oddał. Do dziś.

Dowiedziałam się też rzeczy szczególnie interesującej dla mnie, japonistki. Otóż ostatnimi czasy ok. 500.000 Białorusinów wyemigrowało z kraju z powodu różnych represji. Aby zniwelować niedobór pracowników, Łukaszenka zaprasza na Białoruś... Chińczyków. W milionach. Inna sprawa, że sami Chińczycy niespecjalnie rwą się do przyjazdu i zazwyczaj ograniczają się do studiów w Mińsku. Zawsze to Europa... W efekcie w stolicy powstaje Chinatown, a strona stołecznego uniwersytetu nie posiada białoruskiej wersji językowej, za to chińską - tak.

Ale odkryłam też fakt przykry, o którym jakoś nie słyszałam na lekcjach historii. 1926 rok. Dla nas - przewrót majowy. Dla nich - rozbiór Białorusi. I to, niestety, radziecko-polski. Ba, w opinii wielu Białorusinów najazd ZSRR na Białoruś i Polskę w 1939 był czymś pozytywnym, bo kraj został znów zjednoczony! Wprawdzie pod obcym dowództwem, ale zawsze! Powoli, powoli niektórzy zaczynają myśleć, że może jednak wcale takie fajne to to nie było - ale sam fakt, że większość jest z tego zadowolona, był dla mnie szokiem. Przykre są takie odkrycia.


Na początku grudnia wybieram się na wykład o Ukrainie, który - mam nadzieję - okaże się równie pouczający. Póki co czytam "Słodką Darusię", zdobywczynię nagrody im. Tarasa Szewczenki sprzed kilku lat i zastanawiam się, czy nie zaopatrzyć się w coś w rodzaju "Historii Białorusi"... Zaczynam być poważnie zainteresowana tym krajem, z którym przecież sąsiadujemy, a mimo to wiem o nim tak niewiele.

sobota, 5 listopada 2011

Susan Vreeland, "Kochanka lasu"



Nnno, to teraz nawyzłośliwiam się za wszystkie czasy :P.

Oczywiście, sama jestem sobie winna. Nie ocenia się książki po okładce. Najwyraźniej nawet opis z okładki i fascynująca tematyka nie wystarcza. Książki ocenia się tylko na podstawie ocen z Biblionetki. Nie mogę nawet powiedzieć, że głupio o tym zapomniałam - bo weszłam, sprawdziłam i zupełnie to zignorowałam. Średnia książki wynosiła nędzne 3,5... Ale gdzie tam, to niemożliwe, żeby TAKA książka była słaba! To na pewno Ci, którzy ją ocenili, po prostu się nie znają. Nie docenili jej. Ja docenię.
Tak. I mam za swoje.

Ale po kolei...

Książka pani Vreeland opisuje życie kanadyjskiej malarki, Emily Carr, obecnie podobno jednej z najbardziej znanych (pośmiertnie, oczywiście) malarek tamtego rejonu. Panna Carr żyła na przełomie XIX i XX wieku - i to żyła zupełnie nie tak, jak powinna w odczuciu wszystkich dookoła. Przede wszystkim od dziecka malowała. To akurat na początku zdawało się być całkiem niegroźne - ot, dziewczynka, która namaluje sobie farbkami jamnika czy innego stwora - ale urosło do rangi wielkiego problemu, gdy do rodziny dotarło, że Emily nie jest już dzieckiem, a nadal nie rozstaje się z farbami. Ogarnięta pragnieniem zostania malarką odrzuciła propozycję małżeństwa, czego nijak nie potrafiły pojąć jej starsze, niezamężne siostry, modlące się o taką okazję. Buntowała się przeciwko Kościołowi. Po pobycie we Francji została fowistką (co nie byłoby niczym dziwnym, gdyby w tej Francji została, ale dla mieszkańców Vancouver było niesamowitym dziwactwem). A co najgorsze: przejawiała chorobliwe zainteresowanie sztuką i kulturą rdzennych mieszkańców Ameryki - czyli, dla sióstr Emily, po prostu dzikusów. Przyjaźniła się z Indianami, wędrowała ich śladami, uwieczniała w pracach ich totemy. Chciała zrozumieć indiańskiego ducha i bała się, że kiedy już to nastąpi, zostanie jej za mało życia na namalowanie wszystkiego, co pragnęła. A przynajmniej taki obraz Emily Carr wyłania się z kart powieści.
Brzmi ciekawie, prawda? Mnie przynajmniej zaintrygowało. Teraz jednak nurtuje mnie tylko jedno pytanie:

Jak można zepsuć taki temat???

Wydaje się to prawie niewykonalne. Ale pani Vreeland się to udało.

Tajemnica "sukcesu" jest w zasadzie bardzo prosta. Wystarczy używać ubogiego języka, wyprać powieść z emocji, zrezygnować z tematu przewodniego, logicznych połączeń między rozdziałami - i już, gotowe. Przez cały czas lektury miałam wrażenie, że autorka ma tylko jeden cel - jak najszybciej dotrzeć do końca. Wszystkie te opisy, przeżycia Emily... Wszystko to, co działo się "po drodze"... Zostało ledwo naszkicowane, pozbawione większego znaczenia. Wiąże się z tym brak jakiejkolwiek malarskości (błąd niewybaczalny w przypadku książki o MALARCE) i głębi psychologicznej (błąd dużego kalibru w praktycznie każdym przypadku, a w biografii już zupełnie dyskwalifikujący). Właściwie jedyną postacią o nieco głębszym rysie psychologicznym jest Indianka, Sophie - o której jednak też nie wiemy za dużo, bo Emily odwiedza ją raz na kilka rozdziałów. Sama główna bohaterka jest natomiast okrutnie irytująca w swojej jednowymiarowości. Jestem artystką. Jestem inna. Jesteście zaściankowi. Paniusie w rękawiczkach. Indianie nie mają wad, wy jesteście ich pełni. Och, jaka jestem niezwykła - potrafię spojrzeć na las inaczej niż wy! Oczywiście, Emily naprawdę różniła się od reszty rodziny i sąsiadów, ale sposób, w jaki jej odmienność przedstawia autorka biografii, nawet mnie - od dziecka zafascynowaną Indianami - doprowadzał do szału.
Autorka biegnie do końca (a czytelnik wraz z nią, błagając, by ta książka wreszcie się skończyła...), gubiąc po drodze malarskość i psychologię, a co się z tym wiąże - napięcie. Bo jak tu przedstawić emocje osoby, której psychika jest prosta jak budowa cepa? W każdej sytuacji wiadomo kto jak postąpi. Emily zadrwi, Lizzie zakryje usta z oburzeniem, Alice zmieni temat, Claude powie coś po francusku i będzie usiłował zaciągnąć bohaterkę do łóżka. Co zresztą stanowi najbardziej interesujący punkt powieści. Pamiętacie taką reklamę w telewizji...? "Dzieci, wychodźcie z wody, rekiny płyną...! - Mamo, jeszcze trochę! - Ok...". Hasłem przewodnim reklamy było "gdzie są emocje?". Pasuje do tej książki jak ulał.
A żeby nie być gołosłownym (gołosłowną?) - cytat ze sceny, która mogłaby być jedną z najciekawszych w powieści. Gdyby tylko autorka obdarzyła postaci emocjami.
- Zauważyłaś, że w życiu liczy się nie tylko sztuka? - Głos Alice drżał. Na jej twarzy widać było wypieki.
- Co się stało?
- Nie zauważyłaś, że jestem tu, choć to nie sobota?
Emily odłożyła młotek.
- O co chodzi?
- Przyszedł telegram.
- Tylko nie kolejny telegram od Dede z żądaniem natychmiastowego powrotu do domu. - Emily wbiła gwoździk jednym uderzeniem.
- Nie! - zakrzyknęła Alice. - Od Lizzie. Dede nie żyje.
- Umarła? - To niemożliwe. Emily poczuła ucisk w gardle. Obydwoma ramionami objęła siostrę, drobną przy jej piersi, i próbowała uspokoić jej spazmy. Łzy Alice zmoczyły policzki ich obu. - Jak?
Alice opadła na łóżko i wręczyła jej telegram. Zapalenie opon mózgowych. Osiem dni i odeszła.
Trzeba oddać autorce minimalną sprawiedliwość. Emily nienawidziła swojej starszej siostry, zresztą z wzajemnością. Ale to też daje przecież takie pole do popisu! Co prawda nigdy nie przeżyłam śmierci mojej znienawidzonej starszej siostry, ale domyślam się, że w sercu prawdziwej Emily musiały ścierać się ze sobą najróżniejsze uczucia. Smutek, szok, lojalność wobec członka rodziny - a z drugiej strony ta paląca nienawiść i wolność, którą zyskała dzięki śmierci Dede. U Vreeland zamiast tego dostajemy bezpłciowe rozważania Emily o ulotności życia i stwierdzenie, że i tak była starsza niż ich matka w chwili śmierci. Naprawdę, nawet ja skonstruowałabym tę scenę lepiej.

Do tego dochodzi nudny, mało urozmaicony język. Autorka (albo tłumaczka?) uwielbia krótkie zdania, które być może miały nadawać powieści dynamiki, ale po dłuższym czasie zaczynają brzmieć po prostu nieudolnie. Zdarzają się nawet ewidentne błędy składniowe - o co akurat trudno winić autorkę. Mimo to nie wierzę, że mizerna kondycja tej powieści to wina wyłącznie tłumaczki. Żaden tłumacz nie przetłumaczyłby całego akapitu z dwuwyrazowych zdaniach. A przynajmniej taką mam nadzieję.
Znów parę cytatów, które rzuciły mi się w oczy do tego stopnia, że aż je pozakreślałam...

Na początku nie jest tak źle:
- Lekarstwo. Pochodzi z grzyba na bardzo starym świerku. Świerk to silne lekarstwo. - Roztarła maź na drugim policzku. - Używam go, żeby być bliżej ziemi w okresie krwawienia. Żebym była silna. Żebym miała dzieci. Więcej dzieci.
Emily spojrzała na lśniącą substancję w torebce. Billy zbliżył do niej pysk, więc odepchnęła go. Kichnął. Wciągnęła piżmowy zapach.
Też powinna być silna. Żeby jechać do Paryża. Rodzić obrazy. Więcej obrazów.
 Potem, niestety, coraz gorzej:
Powoli w ciemności zaczęło szarzeć. Na krześle siedział ledwo widoczny mężczyzna. Emily krzyknęła. Billy zaszczekał. Deszcz pochłonął oba dźwięki. Chwyciła psa za kark. Niewyraźny zarys kapelusza dotykał dachu.
Jessica spojrzała na wazon w kształcie totemu z Krukiem, a potem uniosła okrągły garnek z łososiowym wzorem Sophie na brzuchu. Wyślizgnął jej się z rąk i rozbił na podłodze. Odłamki i kamyki potoczyły się po pokoju. Jessica jęknęła. Tantrum zaszczekał. Joseph zaskrzeczał. Andre przybiegł po schodach, Billy tylko mruknął.
A na koniec - mój nr 1:
Dyrektor rzucił jej puste spojrzenie, najwyraźniej nie chcąc, by odpowiedzieć choćby jedną sylabą.
Nie mogłam zdecydować się, jaką ocenę wystawić tej powieści. Myślałam o trójce. W miarę czytania (i nudzenia się...) coraz bardziej przychylałam się do 2,5 - z czystej złości na autorkę, że zmarnowała taki potencjał. Szlag mnie trafia, kiedy pomyślę sobie, co zrobiłby z tą samą historią Irving Stone. Pod koniec trochę złagodniałam, bo ostatni duży rozdział czytało mi się niespodziewanie dobrze. Autorka zniszczyła to własnoręcznie - posłowiem, w którym wyznała, że pracowała nad tą książką 17 lat. Nie. Nie, nie, nie - to nie jest godny owoc siedemnastu lat pracy. 2,5. I koniec kwestii.

wtorek, 1 listopada 2011

Georges Bizet, "Carmen"

W operze płyną łzy; każda kobieta wyobraża sobie, że jest piękna i uwodzicielska jak Carmen, każdy mężczyzna przypomina sobie godziny własnego zachwytu, tak podobne do oczarowania, jakiemu uległ nieborak Jose, i przywołuje w pamięci chwile triumfu, w których jak Escamillo czuł, że był naprawdę kochany.   

Aha, zaraz rzuci kwiatka!
Można by rzec - klasyka opery. Miłość, Hiszpania, Cyganie, piękne arie... Carmen znają prawie wszyscy. Ja, nawrócona na operę po latach teatru, poznałam ją dopiero trzy dni temu. Poszłam do Opery Novej spodziewając się niezwykłego, wzruszającego wieczoru. I, jak to nieraz bywa z klasykami i takimi tam... Kiedy się człowiek nasłucha jakie to coś jest piękne i wspaniałe, to tworzy sobie wizję, do której rzeczywistość nie dorasta. Niestety.

Nie wiem, z czego wynika moje lekkie rozczarowanie Carmen. Może to wina tego, że to klasyka i z definicji powinna być wspaniała, lepsza od wszystkich innych. Może tego, że I. był na niej już trzy razy i naopowiadał mi, że to najpiękniejsza opera, jaką kiedykolwiek widział, więc oczekiwania miałam spore. A może po prostu tego, że zdarzyło mi się przeczytać wyrywkowo książkę Propera Merimee, więc opera nijak nie potrafiła wzbudzić we mnie ciekawości z gatunku "co będzie dalej?". Patrzyłam na scenę jak na ekranizację znanej książki. Aha, fabryka cygar. Rzuci kwiatka. Hmm, dalej nie czytałam, ale jakoś się znalazł w tej kryjówce. O, jest. To teraz będzie to... Co najgorsze, znałam również zakończenie. Suspensu brak.


A może po prostu przyzwyczaiłam się już do tego, że w naszej operze jest zawsze pięknie, kolorowo i baśniowo? Dekoracje są przepiękne, stroje tak samo. Na wokalu się nie znam - słyszę tylko, jeśli ktoś fałszuje - ale jedynym śpiewakiem, do którego miałam zastrzeżenia, był Escamillo (Krzysztof Cagan). Chociaż I. tylko dziwnie na mnie spojrzał, kiedy to powiedziałam. Może dlatego, że chwilę wcześniej zachwycał się, jak Escamillo pięknie śpiewa...

Niby wszystko grało. Stroje, dekoracje, śpiew... Gra aktorska również stała na wysokim poziomie, szczególnie w przypadku Carmen (Monika Ledzion) - zero sztuczności, jakby naprawdę taka była. Przepiękny balet (uwielbiam zwłaszcza Olgę Marczak). Do tego arie, które są powszechnie znane: Habanera, Aria torreadora... A jednak czegoś mi zabrakło. Jakiegoś dreszczu zaskoczenia? Sprawiedliwości? Sympatii do bohaterów? Na dobrą sprawę jedyną postacią, którą polubiłam, była Michaela. Trochę mało jak na tak te tłumy, które przewijały się po scenie.

No nic. Moje subiektywne odczucie. Zresztą, ten post brzmi chyba bardziej marudnie niż powinien. Carmen całkiem mi się podobała - tyle tylko, że nie jestem nią jakoś szczególnie oczarowana. Moim numerem jeden bydgoskiej opery jest chyba jednak Nabucco... Ale z całą pewnością nie żałuję, że spędziłam te trzy godziny w operze, przenosząc się w kolorowy i bardzo dziwny świat.

Pięknie, kolorowo i baśniowo

środa, 26 października 2011

Po spotkaniu

Zgodnie z przewidywaniami, udało mi się dotrzeć na spotkanie autorskie z Natalką Babiną. Zaczęło się trochę ponad 4 godziny temu, czyli o 18:00 (no, z małym poślizgiem) w Piwnicy Farnej na poznańskim Placu Kolegiackim. Skończyło po jakiś dwóch godzinach. Nie mam specjalnego doświadczenia, jeśli chodzi o takie spotkania - szczerze mówiąc, dopiero drugi raz brałam udział w czymś takim - ale zdaje mi się, że trwało stosunkowo długo. Bo też pytań było dużo, a i odpowiedzi były zazwyczaj treściwe...


Przyszliśmy tam - ja i I., mój narzeczony - praktycznie na ostatnią chwilę (w czym sporą zasługę mają poznańskie tramwaje). Nie sądziliśmy, że będzie to jakimkolwiek problemem. A tu zonk. W piwnicy panował już tłok, a wszystkie miejsca siedzące były zajęte. Moja wizja spokojnego kąta,  z którego będę mogła obserwować całe spotkanie, w jednej chwili runęła.

Korzystając z tego, że spotkanie jeszcze się nie zaczęło, a I. stanowczo odmawiał zajęcia miejsc na samym przodzie, obfotografowałam "eksponaty". Na jednej gablotce wystawione były egzemplarze Miasta ryb w ilości gromadnej. Na pozostałych - dwumiesięczniki dotyczące relacji Polski z krajami Europy Wschodniej, które pierwszy raz widziałam na oczy. To, że zapomniałam własnego Miasta..., nawet mnie nie zdziwiło... Ustawiliśmy się z tyłu, niedaleko baru. Ale że bez przerwy ktoś wchodził, wychodził, zamawiał kawę etc., było tam dość tłoczno i głośno. Właściciele piwnicy sami wygonili nas "na jakiekolwiek miejsca" - czyli de facto właśnie na ten nieszczęsny "sam przód", na który I. tak bardzo nie chciał iść. Mnie nieszczególnie to przeszkadzało. Ostatecznie zajęłam miejsce idealnie naprzeciwko autorki; dość krępujące, bo często patrzyła prosto na mnie, ale za to jakie korzystne! Nie było mowy o tym, żebym mogła czegokolwiek nie dosłyszeć albo nie zauważyć...

Rozmowa kręciła się głównie wokół tematu tożsamości. Dla mnie jest on, muszę przyznać, trochę wydumany. Gdyby ktoś zapytał mnie: "jak definiuje pani swoją tożsamość?", zapewne nie miałabym pojęcia, co na to pytanie odpowiedzieć. Natalka Babina wiedziała. Bo dla niej, w przeciwieństwie do mnie, nie jest to wcale oczywiste. Kim jest? Rosjanką? Białorusinką? Ukrainką?
Wyobraźcie sobie las nad rzeką, w tym lesie małą wioskę. W tej wiosce rodzi się dziewczynka. Kończy 7 lat, idzie do szkoły. I nagle zaczyna zauważać, że coś jest nie tak. Nie wie jeszcze co, ale czuje, że coś tu nie gra. Co to za język, ten szkolny? My tak nie mówimy!
Edukacja na Białorusi odbywa się w języku rosyjskim. O tym dziewczynka wiedziała. Pytanie brzmiało: po jakiemu w takim razie ja mówię? Rosyjski to to nie jest! Olśnienie spłynęło na nią podczas lektury któregoś z utworów Tarasa Szewczenki. Przeglądając książkę brata dziewczynka z trudem odcyfrowywała literki: a obrotnoje, "i" z "umlautem" - a kiedy jej się to udało, przeżyła szok. To jest to! Tak mówimy!
A skoro tak, jesteśmy Ukraińcami!
Podsumowanie pani Babiny może wydać się trochę zagmatwane Polakowi z dziada pradziada. Etnicznie jestem Ukrainką, politycznie - Białorusinką. Swoją ukraińskość autorka podkreślała na spotkaniu wielokrotnie. Na dość trudne pytanie dotyczące klasyfikacji językowej dialektów okolic Brześcia odpowiedziała po prostu: Nie jestem lingwistą i nie mam dość kompetencji, żeby się na ten temat wypowiadać, ale od praktycznej strony mogę pana zapewnić: to JEST ukraiński.


Nie obyło się również bez dyskusji politycznych. Nawet pan prowadzący spotkanie przyznał, że stwierdzenie To nie jest książka o Łukaszence, nad którym wyzłośliwiałam się trochę w poprzednim poście, jest raczej chwytem reklamowym niż prawdą. Polityki jest w tej książce sporo i choć nazwisko Łukaszenki pada tam tylko raz, to jednak wiadomo, że Tarasienka stanowi jego alter ego. Co ciekawe (a jednocześnie straszne, przykre i... w pewien sposób śmieszne) te 86%, o których również już wspominałam, jest autentyczną, "magiczną liczbą" prezydenta. Łukaszenka naprawdę wygrywa właśnie takim stosunkiem głosów, naprawdę tyle wynosi frekwencja wyborcza, itd., itp. Wyjątek stanowią ostatnie wybory, podczas których miły, wesoły pan Łukaszenka "zdobył" 89% głosów.
Wiedziona ciekawością przełamałam nawet moją zwykłą nieśmiałość i zdobyłam się na zadanie pytania, które nurtowało mnie już podczas pisania poprzedniej notki. Jak to możliwe, że ta książka się ukazała? Chwilę wcześniej padło pytanie o popularność Miasta ryb na Białorusi - autorka wprawdzie nie potrafiła powiedzieć, jak bardzo książka jest znana (skromność?), ale przyznała, że pierwszy nakład został w całości wyczerpany i trzeba było zrobić dodruk, a to ponoć rzadkość. Narobiła więc trochę szumu, a przynajmniej nie pozostała niezauważona. A skoro tak, to jak to się stało...? Sformułowałam to pytanie trochę inaczej: Czy podczas pisania książki nie bała się pani reakcji władz? Bo książka jest raczej krytyczna i prześmiewcza...
Cóż - tym razem odpowiedź była niezwykle krótka. I dość dosadna:
Podoba mi się rosyjskie przysłowie: "Jeśli mielibyśmy się bać wilków, w ogóle nie chodzilibyśmy do lasu". A poza tym, nie ma obawy - nasze władze nie czytają. A po białorusku to już na pewno nie!
Wot, cała tajemnica nietykalności ;).
Wśród osób zadających pytania losowano "zwycięzcę", który otrzymał pierścień - podobno wzorowany na tych, jakie, w wyobraźni autorki, znaleźli ostatecznie Ałka, Uljanka i reszta nie do końca wesołej gromadki. Ku mojemu zdziwieniu, zwycięzcą zostałam ja. Choć zdaje mi się, że tych pierścieni mogło być więcej - ten, który prezentowała pani Natalka, miał chyba zielone oczko. A mój wygląda o, tak:


Co nijak nie zmienia faktu, że będzie miłą pamiątką po spotkaniu. Skoro już zapomniałam przynieść książki po autograf. Mam przynajmniej pierścień! :)
Related Posts with Thumbnails