sobota, 13 sierpnia 2016

Jean Rhys, 'Wide Sargasso Sea' // "Szerokie Morze Sargassowe"

5,5/6

Wypożyczyłam sobie Wide Sargasso Sea i ustawiłam je w kolejce do przeczytania głównie dlatego, że co rusz natrafiałam na ten tytuł na kolejnych listach ze strony List Challenges. Powieść Jean Rhys, chociaż w Wielkiej Brytanii zaliczana jest już do współczesnej klasyki, w Polsce, z tego co się orientuję, pozostaje prawie nieznana (na Biblionetce ma ledwie trochę ponad 40 ocen...), więc w sumie nic dziwnego, że nigdy wcześniej o niej nie słyszałam. Zachęciła mnie - jakie to bardzo w moim stylu... - okładka. Nie ta z Penguina, zdobiąca wydanie, które ostatecznie udało mi się zdobyć, ale ta:


Co z tego wynika? Ano to, że poza tym, co sugerowała mi właśnie ta kolorowa okładka i tytułowe Morze Sargassowe, nie miałam zielonego pojęcia, za co się zabieram. Dowiedziałam się tego dopiero z opisu z tylnej okładki i wstępu (tak na marginesie: jak ci Brytyjczycy czy Amerykanie to robią, że ich wstępy tak dobrze się czyta? Toż to jest nieraz ciekawsze niż właściwa powieść!), i w sumie trochę tego żałuję, bo jaką przyjemnością musiałoby być samodzielne odkrywanie, kim właściwie są bohaterowie Szerokiego Morza Sargassowego

Sami spójrzcie:

sobota, 23 lipca 2016

Jacek Dehnel, "Lala"

5/6

Lala Jacka Dehnela (którą ciągle traktuję podświadomie jak wydawniczą nowość, a tu przecież od premiery minęło już jakieś dziesięć lat...) to książka wprawdzie nierówna, ale jednak, w ogólnym rozrachunku, bardzo dobra. Może nie aż tak dobra jak Władca much czy Zabić drozda, moje największe czytelnicze odkrycia tego roku, ale z takim Pożegnaniem z Afryką (odkrycie o pół oceny mniejsze) spokojnie może już konkurować. Widzę zresztą parę zaskakujących podobieństw między tymi tytułami: obie książki pozbawione są jakiegokolwiek suspensu czy choćby prób budowania napięcia, narracja jest leniwa, odprężona, a mimo to, z niewiadomych powodów, ciężko się od czytania oderwać. W pewien sposób podobni są też ich główni bohaterowie: szlachta zamieszkująca najokazalszą rezydencję w okolicy, samotna wyspa pośród tłumu zwyczajnych ludzi, która wprawdzie przygląda się chłopstwu z sympatią, ale jednocześnie jest doskonale świadoma własnej odrębności. No i obie książki są zbiorem wspomnień - z tą tylko różnicą, że w przypadku Lali to nie sama tytułowa bohaterka, a jej wnuk postanowił przelać te wspomnienia na papier.

środa, 20 lipca 2016

'The Broken Circle Breakdown' // "W kręgu miłości" (2012; Belgia, Holandia)

Ostatnio raczej czytam niż oglądam, a jeśli już oglądam, to bez szczególnego zachwytu. Nie wiem, czy przez ponowne zwrócenie się w stronę książek wypadłam z rytmu i straciłam jakąś, nazwijmy to, filmową wrażliwość, czy wręcz przeciwnie, naoglądałam się już tylu filmów, i to w relatywnie krótkim czasie, że przejadły mi się i nic nie robi już na mnie wrażenia. Czy może po prostu mam w tych ostatnich tygodniach filmowego pecha. W każdym razie, wczoraj, po raz pierwszy od dłuższego czasu, udało mi się tę złą passę przełamać. Belgijsko-holenderska koprodukcja The Broken Circle Breakdown (swego czasu uhonorowana zagranicznym Cezarem, i to przy zacnej konkurencji: Blue Jasmine Allena, Wielkie piękno Sorrentino...) to film ciężki i wyczerpujący emocjonalnie, ale przez to zapadający w pamięć. Doskonale zagrany, z piękną ścieżką dźwiękową, przepełniony na zmianę pięknem i smutkiem. Unikający łatwych rozwiązań, ale też ckliwego melodramatyzmu. Jak na mnie: bardzo dobre kino, dokładnie takie, jakie lubię. Kto by się spodziewał...?

Najpopularniejsza wersja plakatu wygląda zupełnie inaczej (o tak), ale, jak na mnie, gorzej oddaje treść filmu. Mnie przynajmniej ta sterylna szarość odrzucała i sugerowała zupełnie inną zawartość niż w rzeczywistości.
W kręgu miłości // The Broken Circle Breakdown
Reżyseria: Felix van Groeningen
Obsada: Veerle Baetens, Johan Heldenbergh, Nell Cattrysse
Ocena: 8/10

czwartek, 14 lipca 2016

Jon Krakauer, 'Into the Wild' // "Wszystko za życie"

4/6

[Uwaga: Wpis nie zawiera spojlerów książki, za to - jak i sama książka - zdradza zakończenie jej filmowej adaptacji już w pierwszym akapicie. Jeżeli nie znasz historii Chrisa McCandlessa i chciałbyś najpierw obejrzeć film, a dopiero potem (może) przeczytać książkę, lepiej nie czytaj dalej].

Into the Wild Jona Krakauera - znane jako opowieść o młodym idealiście rozpaczliwie pragnącym żyć inaczej niż nakazywało mu to materialistyczne społeczeństwo, który w poszukiwaniu "prawdziwego życia" zawędrował na Alaskę i tam umarł z wycieńczenia/głodu -  oscyluje gdzieś na granicy reportażu, eseju i zbeletryzowanych zapisków z prywatnego, dziennikarskiego śledztwa. Chris McCandless jest wprawdzie głównym, ale absolutnie nie jedynym bohaterem książki. Jego historia nie jest tu  - w przeciwieństwie do filmu pod tym samym tytułem - przedstawiona w kolejności chronologicznej. Punktem wyjścia opowieści jest jej koniec: odnalezienie zwłok wychudzonego włóczęgi w alaskańskiej dziczy. Krakauer, dobra dusza, od początku informuje nas, że ucieczka na Alaskę nie skończyła się dla głównego bohatera tak, jak to sobie wymarzył, a tym samym oszczędza nam nieprzyjemnej niespodzianki, z której w wersji filmowej nie zrezygnował, niestety, Sean Penn (ja wiem, że suspens się dzięki temu zrobił i w ogóle, z reżyserskiego punktu widzenia to było sensowne zagranie, ale to było za nieoczekiwane, za smutne, zniszczył mnie ten koniec - panie Penn, 6-7 lat minęło od seansu i ciągle nie doszłam do końca do siebie, tak się nie robi)...

Rzeczywisty Christopher McCandless aka Alexander Supertramp (źródło)
Chronologia nie jest zachowana również później. Krakauer opisuje swoje spotkania z ludźmi, którzy poznali Chrisa na różnych etapach jego wędrówki (wędrówek?); korzystając z zapisków samego Chrisa szczegółowo odtwarza jego wcześniejsze (tj. przed-alaskańskie) podróże, opisuje jego dzieciństwo i lata nastoletnie. Cały czas stara się też zrozumieć motywy jego postępowania; jeden rozdział poświęca - w ramach charakterystyki porównawczej - innym uciekinierom od cywilizowanego świata, a dwa wręcz swojej własnej, młodzieńczej, szalonej podróży na Alaskę. Dostajemy również kilka rozdziałów oscylujących między dramatem a thrillerem, czyli opis (idącego jak po grudzie...) ustalania tożsamości zmarłego i reakcji jego bliskich na wiadomość o jego śmierci. Dopiero ostatnich kilka rozdziałów traktuje o samej wielkiej, alaskańskiej wyprawie Chrisa-Alexa - na tyle, oczywiście, na ile autor był w stanie odtworzyć jej przebieg.

niedziela, 10 lipca 2016

John Updike, "Uciekaj, Króliku" // 'Rabbit, Run'

2/6

Dziwnie się wraca do pisania po tak długiej przerwie; jeszcze dziwniej, jeżeli z góry ma się świadomość, że ta nowa notka, pierwsza od ponad miesiąca, będzie jedną z najbardziej marudnych w historii bloga. A będzie. Postanowiłam zapoznać się z twórczością Johna Updike'a właściwie bez powodu - poza tym jednym, że w jednej z moich wcześniejszych tegorocznych lektur natknęłam się przypadkiem na jego nazwisko. Zawsze jakoś dziwnie mi się robi, kiedy ktoś ot, tak, od niechcenia, wspomina o jakimś pisarzu, a ja po raz pierwszy w życiu o nim słyszę; przy najbliższej okazji wypożyczyłam więc tego nieszczęsnego Rabbita, który jest najsłynniejszą powieścią Updike'a i miał być ponoć przenikliwym, sarkastycznym portretem Ameryki lat 60. Mój ty świecie, jeżeli tak wyglądało wówczas USA, to cieszę się, że przyszło mi żyć w zupełnie innym miejscu i czasie...
Related Posts with Thumbnails