wtorek, 17 stycznia 2017

Nadzieja umiera ostatnia: o 'A Tree Grows in Brooklyn' Betty Smith

5,5/6

Zgodnie z planem rozpoczęłam ten rok miesiącem literatury kobiecej (rozumiem pod tym pojęciem literaturę tworzoną przez kobiety, nie "książki tak głupie, że tylko kobiety mogą po coś takiego sięgać"). Po paru mniej (Lena Dunham) lub bardziej (Sylvia Plath) udanych lekturach przyszła kolej na wypożyczonego po raz n-ty "współczesnego klasyka" - powieść Betty Smith A Tree Grows in Brooklyn, która od czasu jej pierwszego wydania (1943) dorobiła się już w USA miana kultowej. Tym razem zaparłam się i postanowiłam, dla odmiany, rzeczywiście przeczytać tę książkę zanim znów będę musiała ją oddać. Zagryzłam zęby, przebrnęłam przez pierwszych kilka stron i... wsiąkłam.

A Tree Grows in Brooklyn (czy ktokolwiek słyszał o polskim tłumaczeniu? Nie ma go, prawda? Nie wiem, jak to możliwe, ale go nie ma? No, to już ja się postaram, żeby się pojawiło... ^^) to piękna historia o dorastaniu w trudnych warunkach, przepełniona młodzieńczym idealizmem i brutalnym realizmem jednocześnie. To powieść, którą obowiązkowo powinno dawać się do przeczytania dorastającym dziewczętom, jako odtrutkę na wszystkie te ckliwo-romantyczne historie, w których ślub z wybrankiem serca rozwiązuje z marszu wszystkie problemy heroiny, a kwestie tak przyziemne jak finanse, praca zarobkowa czy jakakolwiek zawodowa ambicja w ogóle nie mają w jej uniwersum prawa bytu. W przypadku A Tree Grows in Brooklyn mamy do czynienia z bohaterką aktywną, której wizja przyszłości nie ogranicza się do wielkiej miłości i która potrafi walczyć o realizację swoich marzeń, choćby początkowo wydawały się one skazane na porażkę. Czy raczej z całą galerią takich bohaterek: drobnych, słodkich ślicznotek o duszach ze stali, dzielnie radzących sobie w sytuacjach, które zdają się przerastać ich mężów.

poniedziałek, 2 stycznia 2017

2016: literackie podsumowanie roku

Szczęśliwego Nowego Roku!

Oby był dla nas wszystkich - niezależnie od tego, co każdy z nas sądzi o roku 2016 - (jeszcze?) lepszy niż ten miniony :).

A że przełom roku jest tradycyjną porą blogerskich podsumowań, to i ja spieszę z podsumowaniem mojego czytelniczego roku 2016. 


Przeczytałam w roku 2016 ponad dwa razy więcej książek niż w 2015: 67, w tym tylko dwie powtórki. Większość lektur wspominam przynajmniej dobrze; kilka trochę słabiej, ale cieszę się, że mogłam się z nimi zapoznać; na palcach jednej ręki jestem w stanie policzyć te, przy których musiałam zagryzać zęby i walczyć z chęcią ciśnięcia książką/czytnikiem o ścianę. Ogólny bilans wypada bardzo pozytywnie.

sobota, 31 grudnia 2016

'Tata Jesus is bängala!': o "Biblii jadowitego drzewa" Barbary Kingsolver

 6/6

Sięgnęłam po The Poisonwood Bible Barbary Kingsolver (polskie tłumaczenie, "Biblia jadowitego drzewa", jakkolwiek wierne, brzmi mi jakoś niezgrabnie) nie wiedząc o tej książce nic, li i jedynie dlatego, że (znów!) co rusz natykałam się na nią na kolejnych listach lektur obowiązkowych. Bez oczekiwań. I przypadkiem przeczytałam najlepszą książkę mojego czytelniczego roku 2016.

To jedna z tych nielicznych powieści, którym nie mam niczego do zarzucenia. Żadnych zastrzeżeń. Nic nie było zbyt rozwlekłe, nic nie niedopracowane, nigdzie nie dało się wyczuć fałszywych nut. W dodatku wyraźnie widać, co przyświecało autorce, kiedy postanowiła tę książkę napisać; to powieść z misją, którą doskonale udaje jej się wypełnić. Z posłowia wynika, że Barbara Kingsolver nosiła się z pomysłem na tę powieść przez, bagatela, jakieś dwadzieścia lat - ciągle unikając zabrania się za nią na poważnie, ze strachu, że temat ją przerośnie i wyjdzie jej zupełnie nie to, czego by sobie życzyła. Może i dobrze, że dała sobie tyle czasu na przygotowania; ale przede wszystkim dobrze, że ostatecznie ten strach przełamała. Efekt robi wrażenie.

Głównymi bohaterami Biblii jadowitego drzewa jest rodzina Price'ów - ojciec, gorliwy baptysta i pastor tegoż kościoła, jego pozornie stłamszona, niekochana żona, oraz ich cztery córki: najstarsza Rachel, bliźniaczki Leah i Adah, oraz najmłodsza, ledwie pięcioletnia Ruth May. Akcja powieści rozpoczyna się, kiedy wielebny Price postanawia udać się wraz z całą rodziną na misję ewangelizacyjną do Konga. Żadna z otaczających go kobiet czy dziewcząt - do tej pory mieszkających w Ameryce - nie wydaje się być tym postanowieniem szczególnie zachwycona, ale w domu Price'ów panuje typowy patriarchat, nie próbują więc nawet protestować. Rodzina - nie bez problemów - dociera do biednej, odciętej od świata wioski gdzieś w kongijskiej dżungli. Tam ojciec, przekonany o swojej nieomylności i boskim wsparciu, poświęca się całkowicie coraz bardziej rozpaczliwym próbom nawrócenia miejscowej ludności; problemów bardziej przyziemnych - jak np. konieczności wyżywienia sześcioosobowej rodziny w obcym, nieprzyjaznym klimacie - nawet nie zauważa, pozostawiając je na barkach umęczonej żony. Ich córki tymczasem przechodzą przyspieszony kurs dorastania - wprawdzie każda z nich na swój sposób i z zupełnie innym efektem końcowym, ale jednak żadnej z nich to kongijskie doświadczenie nie pozostawia niezmienionej.

czwartek, 8 grudnia 2016

Co za dużo, to niezdrowo: o "Małym życiu" Hanyi Yanagihary

 3/6

Zmęczyłam Małe życie. Dawno nie czytałam powieści aż tak długo, a jednocześnie tak nieregularnie: początkowo normalnym tempem, potem coraz wolniej, z dłuższą przerwą po 40% tekstu (Litości, dopiero czterdzieści procent?! Nie mogę. Może lepiej przerwać...?), by wreszcie, po powrocie do lektury, doczytać ją do końca szaleńczym sprintem. Motywację do sprintu miałam podwójną i tak sobie myślę, że doskonale odzwierciedla ona mój ambiwalentny stosunek do Małego życia jako takiego: trochę było w niej ciekawości i przejęcia losami bohaterów, ale równie dużo znudzenia, irytacji i przemożnej chęci zostawienia tej lektury za sobą. Tak, należę do tej mniejszości, której Małe życie nie zachwyciło, którą zdumiewa medialny szum wokół tej pozycji i niezliczone pięciogwiazdkowe recenzje. I o ile nie mogę powiedzieć, że historia opisana przez Yanagiharę pozostawiła mnie całkowicie obojętną, to jednak mam do niej spore zastrzeżenia.

Głównym bohaterem Małego życia jest niejaki Jude St. Francis oraz troje jego przyjaciół: Willem, Malcolm i JB (i już do tego zdania mogę podpiąć dwa zastrzeżenia... ale porządek musi być, coby mi się to wszystko zupełnie nie rozjechało). Fabuła rozciągnięta jest na ponad 30 lat, podczas których towarzyszymy naszym bohaterom (ekhm, ekhm) w codziennych zmaganiach, obserwujemy rozwój ich karier, wzajemnych relacji, ich kryzysy i mozolne wychodzenie z nich (albo, ekhm ekhm, nie). Po kilku początkowych rozdziałach staje się jasne, że to Jude ma tu największy potencjał powieściowy: zamknięty w sobie, nieufny, nie chce opowiadać o swojej przeszłości i wyraźnie skrywa jakąś tajemnicę, której nikt, nawet najbardziej zaprzyjaźniony z nim Willem, nie jest w stanie z niego wydobyć. Zgodnie z przewidywaniami, z czasem fabuła zaczyna kręcić się wokół niego i jego przeżyć. Dla przyjaciół Jude nadal pozostaje zagadką, ale czytelnik stopniowo poznaje kolejne fragmenty jego dramatycznego dzieciństwa i wczesnych lat nastoletnich. Równolegle może obserwować, jak bardzo dorosły Jude nie radzi sobie z traumą sprzed lat, jak bardzo wykrzywiona jest jego samoocena (nawet nie zaniżona, a właśnie wykrzywiona; to, jak Jude odbiera sam siebie, nie mieści się w żadnej skali).  

Małe życie porusza trudny i ważny problem: nie tylko (ewentualny spojler?) pedofilii i dziecięcej prostytucji, ale też jej długofalowych, ciągnących się za ofiarą latami, tragicznych skutków. Entuzjastyczni recenzenci piszą nieodmiennie o emocjach, jakie wywołała w nich ta lektura, o tym, jak wielki ból przy niej czuli, ile się napłakali, jak bardzo nie potrafią wyrzucić tej historii z pamięci. I oczywiście, mnie też raz po raz coś ścisnęło za gardło - chociaż, o ironio, wcale nie przy dramatycznych wspomnieniach Jude'a czy przy naturalistycznych opisach jego samookaleczania, a raczej przy nielicznych przebłyskach piękna. Taka np. scena, w której Jude nareszcie pojmuje, że jego adopcyjni rodzice kochają go jak własnego syna, że nie zamierzają go wyrzucić na śmietnik, niezależnie od tego, jak się zachowuje. Albo większość scen z Willemem (to w ogóle moja ulubiona postać i bardzo żałuję, że autorka zrobiła z niego tylko dodatek do cierpiącego głównego bohatera), przyjacielem idealnym, który zdaje się być dla Jude'a jedyną deską ratunku. Ale żebym miała utopić czytnik we łzach czy rozmyślać nad tym, jak okrutne scenariusze potrafi pisać życie? Niewykonalne. Bo ja w świat wykreowany przez autorkę, po prostu, nie wierzę.

wtorek, 8 listopada 2016

Życie w katotalibanie: "Opowieść podręcznej" Margaret Atwood

5/6

Rok 1984 niespecjalnie mi się podobał (o czym pisałam - na świeżo, a więc niezbyt składnie - o tu). Wydał mi się przesadzony, nieprawdopodobny psychologicznie; nie wierzę ani w reżim marnotrawiący tyle czasu i energii na przekonywanie skazańców do swoich racji, ani w aparatczyków przedkładających interes otwarcie żądnej władzy partii nad swój własny. Szczerze mówiąc, kojarzy mi się to bardzo kreskówkowo: z takim stereotypowym czarnym charakterem, który chce "przejąć władzę nad światem" i "pogrążyć go w mroku". Bez motywacji, bez korzyści, bo tak. Brakuje tylko mrocznego śmiechu.
Nowy, wspaniały świat podobał mi się bardziej. Mniej depresyjny, bardziej logiczny, nawet struktura społeczna tego świata została całkiem przekonująco wyjaśniona. Byłam w stanie uwierzyć, że twórcy systemu być może kierowali się jakimiś ideałami. Może nawet chcieli dobrze. Może nawet ten ich brave new world miał jakieś plusy?

Opowieść podręcznej plasuje się w moim osobistym rankingu zdecydowanie bliżej Nowego, wspaniałego świata. Mam wrażenie, że nawet go przebiła - chociaż zbyt dawno temu czytałam Huxley'a, żeby móc uczciwie porównać obie powieści. Równie logiczna i przerażająco nie-nieprawdopodobna. Zresztą, kategoria prawdopodobieństwa nie ma tu raczej zastosowania; Atwood wyraźnie sięga do autentycznych wydarzeń, zarówno tych sprzed stuleci, jak i z historii najnowszej. Mamy tu do czynienia z patriarchalnym, ekstremalnie religijnym społeczeństwem, w którym współczesne, samodzielne kobiety zostają nagle pozbawione prawa do samostanowienia, majątku, głosu. I chociaż religia, której podporządkowane zostaje ich życie wywodzi się z kręgu judeo-chrześcijańskiego (autorka nigdzie nie identyfikuje bliżej sekty, o której pisze; nazwy rzeczywistych odłamów chrześcijaństwa padają tylko w kontekście prześladowań), to świat przedstawiony dziwnie przypomina Iran z lat osiemdziesiątych czy Afganistan po przejęciu władzy przez talibów:
A group of people is coming towards us. They're tourists, from Japan it looks like, a trade delegation perhaps, on a tour of the historic landmarks or out for local color. They're diminutive and neatly turned out; each has his or her camera, his or her smile. They look around, bright-eyed, cocking their heads to one side like robins, their very cheerfulness aggressive, and I can't help staring. It's been a long time since I've seen skirts that short on women. The skirts reach just below the knee and the legs come out from beneath them, nearly naked in their thin stockings, blatant, the high-heeled shoes with their straps attached to the feet like delicate instruments of torture. The women teeter on their spiked feet as if on stilts, but off balance; their backs arch at the waist, thrusting the buttocks out. Their heads are uncovered and their hair too is exposed, in all its darkness and sexuality. They wear lipstick, red, outlining the damp cavities of their mouths, like scrawls on a washroom wall, of the time before.

I stop walking. Ofglen stops beside me and I know that she too cannot take her eyes off these women. We are fascinated, but also repelled. They seem undressed. It has taken so little time to change our minds, about things like this.

Then I think: I used to dress like that. That was freedom.

Westernized, they used to call it.

Related Posts with Thumbnails